Życie na Cape Verde

Zanim zaczniemy, na początek króciutki rys historyczny. Na Wyspy Zielonego Przylądka pierwsi Portugalczycy przybyli w połowie XV wieku. Od tego czasu Portugalia miała kontrolę nad tymi terenami, aż do roku 1975, kiedy to Cape Verde wraz z Guinea-Bissau odzyskały niepodległość. Jest to jeden z niewielu afrykańskich krajów, gdzie przestrzega się zasad demokracji i oddawanie władzy odbywa sie bez rozlewu krwi. Językiem urzędowym jest portugalski, jednak w życiu codziennym mieszkańcy posługują się językiem kreolskim. Z pomieszania portugalczyków i murzynów (ściąganych tu najczęściej z Senegalu) wyszły ciekawe połączenia. Można tu spotkać na przykład rudego murzyna (tak zapewniała nas wikipedia i takiego jednego delikwenta udaje nam się dostrzec). Pierwszy raz w życiu widzimy też czarnych chińczyków 🙂 Walutą kraju jest escudo, a religią mocno dominującą katolicyzm. Z wizytą na tym wyspiarskim państwie był ponad 25 lat temu nasz papież Jan Paweł II, którego na hasło Polonia mieszkańcy wymieniają naprzemiennie z Robertem Lewandowskim. Jest to bardzo miła odmiana, w porównaniu do chyba wszędzie na świecie przywoływanego Lecha Wałęsy, czyli po naszemu TW Bolka. Kraj ten zajmuje 4-te miejsce w rankingu jakości życia wśród wszystkich państw Afrykańskich.
Niektóre widoki naprawdę robią wrażenie

Niektóre widoki naprawdę robią wrażenie

Wyspy Zielonego Przylądka jak błędnie mogłoby się wydawać nie są wcale takie zielone. Jest to archipelag 12 wysp, oddalonych od zachodniego wybrzeża Afryki o 325 mil. Najbardziej turystyczną z nich jest Sal, z racji dobrej komunikacji lotniczej z Europą i resztą świata. Jednocześnie jest zarazem najbrzydszą ze wszystkich, gdzie poza hotelami i pustynią nie ma nic wartego obejrzenia. Do ciekawszych miejsc zaliczyć można natomiast Santiago ze stolicą kraju Porto da Praia, Fogo z aktywnym wulkanem, który rok temu zmiótł z powierzchni ziemi dwie wioski, Santo Antao – najbardziej zielona ze wszystkich i Sao Vicente, na której wylądowaliśmy. Właściwie większość żeglarzy, którzy zmierzają na WZP dociera właśnie tu, bo tylko na tej wyspie jest jedna jedyna marina, założona przez niemieckiego żeglarza. Chcąc zwiedzać pozostałe zostaje albo kotwica, albo tutejsze promy. W planach mamy zobaczenie każdej z wysepek, jednak słabe warunki pogodowe uniemożliwiają nam rejs po tutejszym archipelagu.

Panorama w centralnej części wyspy

Panorama w centralnej części wyspy

Za odkrywanie Sao Vicente zabieramy się najszybciej jak to możliwe. Mycie pokładu i pranie naszych rzeczy kończymy późnym wieczorem. Bierzemy jeszcze prysznic i idziemy rzucić okiem na miasto. Jesteśmy pierwszy raz w Afryce, więc na początku nie czujemy się zbyt pewnie. Po wyjściu z mariny zostajemy od razu zaatakowani przez miejscowych żebraków, którzy na widok białego człowieka mają przed oczami worek pełen wysypujących się dolarów. Jest to chyba największy minus tego kraju. Do nachalnie żebrających ludzi trzeba się po prostu przyzwyczaić, stanowczo mówić nie i odwracać wzrok. My z kolei na poczatku przyjmujemy inną taktykę. Z każdym rozmawiamy opowiadając o naszym planie podróży, tłumacząc przy tym, że nie mamy pieniędzy i sami pracujemy na łodzi w zamian za jedzenie. Ma to swoje dobre strony, bo już po kilku dniach znamy większość tutejszych żebraków, którzy na nasz widok krzyczą z daleka ‚dobraaa!!’, zbijają piątkę albo po prostu dosiadają się żeby pogadać. Co ciekawe to właśnie żebracy, zaraz po taksówkarzach najsprawniej posługują się językiem angielskim. W taki oto sposób kumplujemy się z miejscowym dilerem narkotyków, facetem próbującym wcisnąć turystom czapki made in china i zwykłymi żebrakami, którzy całe dnie spędzają z wyciągniętą ręką przed wejściem do mariny.

Szorowanie pokładu. Olek daje na ostro!

Szorowanie pokładu. Olek daje na ostro!

Zachowanie naszych znajomych wygląda szczególnie zabawnie, jak opuszczamy marinę i wychodzimy na miasto z naszym kapitanem i jego żoną. Ich zdziwienie na twarzach, kiedy proszący wszystkich o pieniądze, podchodzą do nas z uśmiechem nie po dolary, a po prostu się przywitać sięga apogeum, gdy będąc w markecie na przedwyjazdowych zakupach mocno pijany facet w stylu Boba Marley’a krzyczy na nasz widok z końca sklepu ‚doobraaa’, podchodzi, przytula się i pokazuje naszemu kapitanowi, że jesteśmy ok!

Drugi dzień naszego pobytu przypada na niedzielę. Wstajemy wcześnie rano, ogarniamy się i idziemy do kościoła. Mamy 45 minut do mszy, więc stoimy i czekamy na rozpoczęcie. W tym momencie do Olka podchodzi murzynka, podaje mu rękę, daje buziaka w policzek i szybkim krokiem się ulatnia. Wielce zdziwieni resztę czasu oczekujemy w dużej konsternacji. Co do samej liturgii to liczyliśmy trochę na jakieś tańce i wygibasy, jednak poza afrykańskimi pieśniami wszystko wygląda praktycznie tak samo jak u nas. Jedyną różnicą jest to, że kościół co tydzień jest pełen ludzi, nie tylko starszych, ale wiekowo jest to przekrój całego społeczeństwa. W ogóle na Wyspach Zielonego Przylądka średnia wieku wynosi nie więcej niż 19 lat, ponad 70% społeczeństwa jest poniżej 30-stki, a na kobietę przypada zazwyczaj czwórka dzieci, co przy naszym wskaźniku dzietności 1.3 jest wynikiem godnym pozazdroszczenia.

Ktoś tu się dobrze wkomponował w otoczenie :)

Ktoś tu się dobrze wkomponował w otoczenie 🙂

W niedzielę mamy cały dzień dla siebie więc udajemy się zwiedzać miasto. Najbardziej ciągnie mnie w najbiedniejsze dzielnice i w slumsy zatem na pierwszy ogień idą obrzeża miasta. Tu kończą się kolorowe domki i zaczynają szare zabudowania. Wbrew temu, co mogłoby sie wydawać, ludzie do turystów są przyjaźnie nastawieni, a w samym Mindelo już po kilku dniach pobytu czujemy sie całkiem bezpiecznie. Oczywiście warto zachować zdrowy rozsądek i nie pchać się w niektóre dzielnice w środku nocy, jednak generalnie w ciągu dnia nawet w największe dzielnice biedy można bez większych obaw udać się na zwiedzanie.

W poniedziałek udaje nam się załatwić wszystkie papiery w Immigrant Office, dostajemy pieczątki do paszportów i możemy w końcu ruszyć na małą wycieczkę dookoła wyspy. Robimy zakupy w markecie, wracamy na łódź spakować plecak i… tu czeka nas ogromna niespodzianka. Polacy, którzy zacumowali obok nas i z którymi poszliśmy się rano zapoznać oddają nam całe swoje jedzenie, które im już się nie przyda z racji tego, że wylatują. Jest tego jakieś 7 reklamówek samego żarełka, nie licząc wody i mleka, co bardzo ratuje nasze portfele.

Worki pełne jedzenka. Odltot!

Worki pełne jedzenia. Odlot!

Po takim prezencie potrzebujemy kilka godzin, żeby ochłonąć i poupychać prowiant w wolne miejsca na katamaranie. Z mocnym opóźnieniem ruszamy na Monte Verde, czyli najwyższy szczyt Sao Vicente. Po niecałej godzinie marszu wychodzimy za miasto i próbujemy łapać stopa, który o dziwo jest tutaj niesłychanie łatwy. Autostop dziala wzorowo i korzystają z niego zarówno turyści, jak i lokalni mieszkańcy. Na szczyt podwozi nas para Niemców, z którymi spędzamy wesoło  wieczór podziwiając wyłaniające się zza chmur krajobrazy. Po zwiedzaniu zabierają nas w dół góry i zostawiają na rozdrożu, gdzie znajdujemy wzniesienie z widokiem na morze na którym spędzamy noc. Nastepnego dnia również z pomocą autostopu, ale też własnych nóg, w upalny dzień docieramy do malutkiej miejscowosci Calhao. Miasteczko jest na tyle małe, że nie ma tu nawet sklepu, co jest dla nas o tyle nieciekawe, że przed nami ponad 7 km marszu w 30-sto stopniowym upale. Udaje nam się na szczęście zlokalizować jedną jedyną restaurację, w której poznajemy dwie starsze turystki: jedna z Anglii, druga z Gujany. Panie są pod tak dużym wrażeniem naszej wyprawy (a jeszcze większym jej dziennego budżetu), że stawiaja nam piwo i częstują swoim ponczem. Mamy dzisiaj niebywałe szczęście, które potwierdza się 15 minut po wyjsciu z baru. Łapiemy stopa prosto do Mindelo oszczędzając naszym nogom dwugodzinnego marszu. Warto powiedzieć 2 słowa o ludziach, którzy nas podwieźli. Byli to turyści z ogromnego statku, którzy wykupili sobie miesięczny rejs wzdłuż wybrzeża Afryki, gdzie doba samego pobytu na tymże rejsowcu kosztowała 1000$ za osobę. Dokładnie doba i dokładnie 1000 (słownie: tysiąc) dolarów.

W drodze na Monte Verde

W drodze na Monte Verde

Tak kończy sie nasza krótka eskapada. Zostaje nam do zobaczenia miejscowość San Pedro, do której udajemy się kilka dni później. Wyspa jest naprawdę bardzo mała i w dwa dni można zobaczyć jej każdy zakątek. To, co zauważamy podczas wycieczki do San Pedro (ale też całego pobytu na WZP), to wolność, której nie ma już w krajach Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (czyt. UE). Przykład: wracamy na stopa z San Pedro do Mindelo i po drodze dwie osoby próbują łapać coś w tym samym kierunku. Nasz kierowca nie ma już miejsca w samochodzie, jednak mimo wszystko zatrzymuje się, żeby pomóc. Lokalni autostopowicze o nic nawet nie pytają, tylko widząc, że nie ma dla nich miejsca w aucie, wskakują na pakę i bez słowa ruszamy dalej. W krajach eurokołchozu pierwszy lepszy patrol policji zatrzymałby nasz pojazd, a kierowca dostałby taki mandat, że odechciałoby mu się pomagać. To jest ta różnica, że tu państwo nie traktuje ludzi jak bydła, któremu trzeba nakazami, zakazami, a jeśli zachodzi taka potrzeba to i mandatami pokazywać, jak mają żyć, kiedy i w których miejscach mogą przechodzić przez ulicę i w jaki sposób mają siedzieć podczas jazdy w swoich własnych samochodach. Tu jest ta wolność, która w Europie od dłuższego czasu jest tylko powtarzanym jak mantra pustym hasłem nie mającym żadnego pokrycia z otaczającą nas tam rzeczywistością.

Bezstresowe życie w Mindelo

Bezstresowe życie w Mindelo

W czasie naszego pobytu w Mindelo odbywają sie też 2 marsze. Jeden to Marsz Niepodległości zorganizowany przez nas 11-go listopada, który spotkał się z zaciekawieniem i pozytywnym odbiorem, o czym mogliście poczytać na naszym facebooku. Drugi natomiast kilka dni później to marsz środowiska LGBT. Jak widac homopropaganda nie śpi i zaczyna pukać nawet do tak odległych zakątków świata. Na szczęście mieszkańcy są odporni na te głupoty i w homoparadzie maszeruje jedynie garstka osób, w większości same dziewczyny 🙂

Homoparada maszeruje

Homoparada maszeruje

To, co możemy powiedzieć jeszcze po 16-stu dniach pobytu na Sao Vicente to to, że dba się tu o porządek. Praktycznie nie widzi się walających po ziemi śmieci, zarówno w miastach, jak i na obrzeżach, co rzucało się w oczy szczególnie na Teneryfie. Mieszkańcy pomimo braku pracy są uśmiechnięci i szczęśliwi. Nikt nigdzie się nie śpieszy. Panowie czekają pod portem w dużych grupach, a nóż trafi się jakaś praca przy rozładunku. Oczekiwanie umilają sobie drzemką na chodniku, wciąganiem koksu, czy słuchaniem Boba Marleya. Niektórzy sprzedają na ulicy świeże ryby lub pamiątki, panie natomiast handlują najczęściej cukierkami i owocami. Jeśli nie uda im się dziś nic zarobić to trudno, jakieś pieniądze na pewno przyśle syn, albo ojciec zza granicy, bo większość mieszkańców Wysp mieszka i pracuje poza granicami swojego kraju. Panuje tu zatem życie sielskie anielskie. Zewsząd dobiega muzyka, którą ludzie wręcz uwielbiają. Każda lepsza restauracja oferuje muzykę graną na żywo przez lokalne zespoły. Przedostatniego wieczoru do takiej knajpy zaprasza nas kapitan ze swoją żoną. Jesteśmy zachwyceni tym lokalem i z całą pewnością zapamiętamy ten wieczór i klimat tego miejsca na długo, podobnie jak smak steku, który wtedy zamówiliśmy. Co sobotę w Mindelo odbywają się też darmowe koncerty na ulicy, które gromadzą pokaźną liczbę zarówno turystów jak i mieszkańców, którzy tańczą, popijają piwo i dobrze się bawią. Ta bogatsza cześć społeczeństwa weekendowe wieczory spędza w klubach i dyskotekach. Pod tym względem niewiele się różnią od europejczyków. Prawdziwe apogeum zabawy przypada jednak na czas karnawału, kiedy to całe ulice wypełniają sie ludźmi nie tylko z Mindelo i Sao Vicente, nie tylko z całego archipelagu, ale przyjeżdżają tu bawić sie nawet sami Brazylijczycy, bo karnawał w Mindelo podobno niczym nie ustępuje temu z Rio de Janeiro. Niestety nie mamy okazji tego sprawdzić. Karnawał jest w lutym, a my w listopadzie trafiamy jedynie na muzyczne przygotowania. Widząc jednak, jak bardzo kocha się tu zabawę i taniec wierzymy na słowo. To co łączy jeszcze Cape Verde z Brazylią poza jezykiem portugalskim i festiwalem karnawałowym to capoeira. Zarówno tutaj, jak i w Brazylii jest ona bardzo popularna. Mamy okazję przyglądać się treningom, które odbywają się niedaleko baru do którego chodzimy wieczorami na internet. O ile pierwszy dzień jest dla Olka udany (buziak pod kościołem), o tyle ostatni właśnie podczas pobytu w tym barze okazuje się być nieco pechowy. Zamawiamy sobie po piwku i zaczynamy kulturalne spożycie na zewnątrz przy stoliku. Nagle do Olka od tyłu podchodzi biedak, chwyta za butelkę z browarem i daje w długą. Nigdy nie zapomnę tego smutnego wyrazu na twarzy Olka. Po mojej kurtce była to druga kradzież, która przytrafiła się w czasie naszej podróży, jednak wspominamy ją na wesoło i nie zmienia ona naszego zdania o Wyspach Zielonego Przylądka.

Przygotowania do karnawału idą pełną parą :)

Przygotowania do karnawału idą pełną parą 🙂

Każdy kogo męczą luksusowe hotele i miasta pełne turystów, a lubi biedniejsze kraje i ich lokalny folklor powinien poważnie zastanowić się nad odwiedzeniem tego kraju. A będąc już tu na miejscu pamiętajcie o ‚must have’ kuchni zielonoprzylądczyków czyli:

– cachupa – narodowe danie serwowane praktycznie w każdym miejscu: kukurydza, fasola, mięso lub ryba serwowane opcjonalnie z jajkiem sadzonym lub omletem)
– grog – alkohol produkowany z trzciny cukrowej (najlepiej z Santo Antao)
– strela – lokalne piwo produkowane na wyspach. Rewelka!
– kawa – uprawiana na wyspie Fogo

Nie zapomnijcie skosztować też papai i capeverdyjskich bananów od kobiet, które całe ich kosze noszą na swoich głowach (juz wiem jak one to robią!), by później siąść na ulicy i cały dzień próbować je sprzedać.

Trening capoeiry

Trening capoeiry

Na zakończenie jeszcze małe dementi dla jachtostopowiczów i backpacker’ów, którzy podobnie jak my, starają się podróżować low-costowo, jednak omijają ten kraj z powodu niebotycznie wysokich cen, które rzekomo tutaj panują, o czym można przeczytać na forach turystycznych w polskiej sieci. Oto przykładowe ceny (na wyspie Sal może być drożej):

110 cve = 1 euro

– piwo strela 0,25 cl – 120 cve (w barze o dziwo można kupić je taniej lub w tej samej cenie, co w najtańszych marketach Fregata: 100-130 cve)
– puszka pepsi – 50 cve
– woda 1.5l – 60 cve
– paczka chocapic – 230 cve
– bułka – 16 cve
– jajko – 17 cve
– banan – 50 cve
– cachupa – 180 cve (lepsza za 350-500)
– obiad – 400 cve (ryż, frytki, jajko sadzone, frankfuterki i trochę warzyw)
– hamburger – 200 cve
– fryzjer – 3 euro

Jak widać nie taki diabeł straszny, jak go malują 😉 Namawiamy, żeby nie bać się cen, tylko pakować plecaki i przyjeżdżać, bo naprawdę warto 🙂

Cape Verde? Było warto!

Cape Verde? Było warto!

[Czy do przekroczenia równika potrzebna jest wiza? Czy na półkuli południowej ludzie spadają w otchłań? Czy św. Mikołaj dociera do wszystkich dzieci, nawet tych na środku oceanu? Czy spędzając 2 tygodnie na 30-stu metrach kwadratowych z dala od cywilizacji można zwariować? Na te i inne pytania postaramy się jak najszybciej odpowiedzieć już w następnym wpisie. Zostańcie z nami!]