USHUAIA

Ziemia Ognista i Ushuaia – docieramy na koniec świata!

Był rok 1520 kiedy Ferdynand Magellan podczas swojej wyprawy dookoła świata wraz z załogą dotarli do Ziemi Ognistej. Nie byli jednak sami. Pierwsi osadnicy przybyli tu już 13 tysięcy lat temu, przemierzając Pacyfik na prymitywnych łodziach, co nawet teraz w XXI wieku wprawia w zdumienie i podziw. Wbrew temu co wskazuje nazwa, ocean ten nie jest wcale spokojny, a przeprawa nie należy do najłatwiejszych. Pokonanie go z zachodu na wschód, tak jak robili to pierwsi osadnicy, to wyczyn na który decyduje się ciągle niewielu żeglarzy. Tereny te zasiedlone zostały w głównej mierze przez cztery plemiona Indian: Ona, Haush, Yahgan i Alacaluf. Aby przeżyć w tak zimnym miejscu smarowali oni swoją skórę tłuszczem zwierzęcym. Meżczyźni polowali na guanako, lwy morskie, ptaki oraz łowili ryby. Kobiety natomiast wskakiwały nago do wody łowiąc rękami kraby, a wszystko to przy temperaturze wody oscylującej w okolicach kilku stopni powyżej zera. Palono też liczne ogniska zarówno na lądzie, jak i na łodziach rybackich, które zwróciły uwagę hiszpańskiego żeglarza. Podczas przeprawy przez cieśninę oddzielającą wyspę od reszty kontynentu, nazwanej później na jego cześć cieśniną Magellana, ujrzał on kłęby dymu unoszące się z ognisk palonych przez mejscowych tubylców. Postanowił nazwać te tereny Ziemią Dymu, co jednak nie do końca spodobało się hiszpańskiemu królowi, który zmienił jej nazwę na Ziemię Ognia. Od tego czasu skrawek tego lądu widnieje na mapach jako Ziemia Ognista.

W tym właśnie okresie wyspę zamieszkiwało około 10 000 Indian. W ciągu 50 lat od pojawienia się pierwszych hiszpańskich kolonizatorów ich liczba zmniejszyła się do 350. Miejscowych wyniszczały epidemie, które przywoziły ze sobą europejczycy oraz celowa eksterminacja ludności tybylczej, którą starano się przeprowadzić na całym kontynencie. Dziś żyje tu już tylko jedna kobieta czystej indiańskiej krwi – 85-cio letnia Cristina Caldero, nazywana ‚babcią Cristiną’ z plemenia Yahgan.

Nasza przygoda z Ziemią Ognistą rozpoczyna się od autostopu złapanego w Rio Gallegos. Zatrzymuje się przed nami sympatyczna kobieta po 40-stce z szalonym psem, z którym Olek dzieli tylne siedzenie. Mamy transport idealnie do miasta do którego zmierzamy (jednego z trzech na Tierra del Fuego) – Rio Grande, gdzie spędzimy kilka dni u hosta z couchsurfingu. Choć dystans dzielący oba miasta to niewiele ponad 350 km, do pokonania mamy dwie granice, a wszystko dlatego, że Argentynę od Ziemi Ognistej poza cieśniną dzieli pas ziemi należący do Chile. Pierwsza granica idzie całkiem sprawnie. Nasze plecaki pozytywnie przechodzą kontrolę, w czasie której strażnicy nie znajdują żadnego niedozwolonego produktu spożywczego, co jest tu skrupulatnie kontrolowane po stronie chilijskiej. Po kilku minutach mamy załatwione wszystkie formalności i dostajemy do paszportu chilijską pieczątkę. Wracamy do auta i jedziemy dalej. Podróż jednak nie trwa zbyt długo, bo już po chwili stajemy w długiej na ponad kilometr kolejce na prom. Trafiamy akurat na pierwszy dzień po dwóch dniach wolnych od pracy (promu także), a kolejka która ustawiła się w oczekiwaniu na transport przyprawia nas o zawrót głowy. Czas oczekiwania zaczyna dłużyć się niemiłosiernie do momentu, kiedy za naszym samochodem staje bus z parą Paragwajczyków. Chcąc się pochwalić naszą wizytą w ich kraju wychodzimy z auta i zaczynamy rozmowę. Szybko okazuje się, że ludzie Ci również są w trakcie własnej podróży dookoła świata. Swoją przygodę rozpoczęli 3 tygodnie temu opuszczając Asuncion i kierujac się na Ushuaię, by potem przemierzyc cały kontynent amerykański docierając aż do Alaski. Etap ten potrwać ma około 3 lat. Cała wyprawa przewidziana jest na dziesięć. Nie byłoby może w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że ów małżonkowie mają po 66 lat! Jak widać nigdy nie jest za późno, by spełniać marzenia, a Ci ludzie są na to doskonałym przykładem.

Sympatyczny transpot do Rio Grande.

Sympatyczny transport do Rio Grande.

66-cio letni kierowca w dziesięcioletniej podróży dookoła świata.

66-cio letni kierowca w dziesięcioletniej podróży dookoła świata.

Na rozmowie, piciu mate i zajadaniu ciasteczek mija nam półtorej godziny. W końcu docieramy na prom. Cały rejs trwa około 20 minut, po których ponownie wracamy na ląd. Tu kończy się asfalt i zaczyna prawdziwe piekło. Stan drogi oceniamy na gorzej niż tragiczny. Piach, dziury i kamienie spowolniają naszą wycieczkę, pomimo tego, że nasz kierowca lubi depnąć w pedał gazu. Kończy się to zresztą dla niej mandatem za przekroczenie prędkości, który dostaje po przejechaniu dosłownie kilku kilometrów od opuszczenia promu. Chilijczycy wykorzystują sytuację jak mogą, ściągając od swoich sąsiadów ile tyko się da. Najpierw kasują za dość drogi bilet za prom, by kilka kilometrów dalej ustawić się z fotoradarem i polować na argentyńskich kierowców. A z tego co się dowiadujemy, zatrzymują tylko ich.

Dalsza podróż to kontynuacja drogi przez mękę. Ostatecznie po ponad godzinie docieramy do drugiej granicy, jednak tam, po brawurowej jeździe pada nam sprzęgło i granicę przekraczamy popychając nasze auto do najbliższego parkingu. Po raz pierwszy w życiu robimy to w tak nietypowy sposób. Dalsza jazda jest oczywiście niemożliwa, a zbliżający się wieczór mobilizuje nas do szybkiego znalezienia transportu. Pierwsza kobieta, którą pytamy widząc w jaki sposób opuszczamy Chile, lituje się nad nami i zgadza się podrzucić nas do Rio Grande. Tam od razu udajemy się pod adres naszego hosta.

Wjeżdżamy na prom.

Wjeżdżamy na prom.

Drzwi otwiera Cristina. Około 60-cio letnia kobieta, mieszkająca samotnie w swoim domku na obrzeżach miasta, w z pozoru spokojnej dzielnicy. Z POZORU. W ciągu pierwszych 5 lat do jej domu włamano się 3 razy. Po trzecim zainwestowała w alarm i od tego czasu ma spokój. Z Crisitną szybko łapiemy dobry kontakt. Przez pierwsze dni pobytu zwiedzamy Rio Grande, które jest jeszcze zimniejsze od wcześniejszego Rio Gallegos. To ostatni moment na zakup czapki przed Ushuaią, co czynię nie patrząc na koszta. Mam kurtkę, mam czapkę, mogę więc jechać na koniec świata! Zanim jednak się tam wybierzemy, zwiedzamy tutejsze darmowe muzea. Szczególnie warte zobaczenia jest muzeum opisujace historię miasta i Ziemi Ognistej z czasów prekolumbijskich. Można się dowiedzieć sporo o życiu pierwszych osadników, co wbrew pozorom jest niezwykle interesujące. Szkoda jedynie, że nie wszystkie podpisy pod eksponatami zostały przetłumaczone na język angielski. Poza muzeami odwiedzamy też centrum kultury, do którego zabiera nas Cristina. W każdy wtorek i czwartek odbywają się tu darmowe lekcje tanga, który uwielbiamy podziwiać. Zdajemy sobie jednak sprawę z jego stopnia trudności i nawet nie myślimy podjąć wyzwania, jakie rzuca nam instruktor zapraszając do nauki tańca.

Czas w Rio Grande to także początki naszej kulinarnej przygody. Szczególne postępy w tej materii czyni Olek, który po kilkudziesięciominutowych rozmowach ze swoją mamą przygotowuje pierwsze w swoim życiu kluski śląskie i placki ziemniaczane. Nasza hostka jest zachwycona i w ramach rewanżu zabiera nas na przepyszne argentyńskie empanadas. Niebo w gębie!

Kucharzymy ;)

Kucharzymy 😉

Kluski śląskie z kotletami mielonymi. NIEBO!

Kluski śląskie z kotletami mielonymi. NIEBO!

EMPANADAS!

EMPANADAS!

Miłą atmosferę przerywa wiadomość z mojego banku, o zablokowaniu transakcji przeprowadzonej w Trynidadzie i Tobago na 520 ichniejszych dolarów (równowartość 130 dolarów amerykańskich). Podobno klonowanie kart to tutaj powszechna praktyka, więc radzę uważać w czyje ręce powierzacie swój plastikowy pieniądz.

Kolejny etap naszej podróży to Ushuaia – najdalej na południe położone miasto świata, którego nazwa wywodzi się z języka z plemienia Yaamana i w wolnym tłumaczeniu oznacza ‚zatokę u krańca’. Historia miasta sięga drugiej połowy XIX wieku, kiedy Argentyńczycy postanowili wybudować tu kolonię karną uznając to miejsce na najtrudniejsze do życia na terytorium ich kraju i wysyłając doń więźniów osądzonych za najcięższe przestępstwa. Z czasem jednak wokół więzienia zaczęło rozrastać się miasteczko i parafrazując reklamę pewnych płatków śniadaniowych tak powstała Ushuaia.

Do Ushuai stopować nie musimy. Dostajemy się tam z naszą hostką, która jedzie odebrać z lotniska swoją koleżankę. Po drodze pokazuje nam najciekawsze miejsca zahaczając między innymi o malutkie Talhuin i jezioro Fagnano. Ostatecznie około południa docieramy na koniec świata. A miasteczko jest… przepiękne. Położone nad kanałem Beagle’a, dokładnie 1000 km od lodów Antarktydy sprawia, że czuje się, że dalej nie ma już nic. Pierwszy dzień pobytu mija nam na poszukiwaniu jachtostopu na… Antarktydę. Postanawiamy spróbować. Zdajemy sobie sprawę, że są to ostatnie dni sezonu, jednak jak wiadomo nadzieja umiera ostatnia. Pytamy kapitanów i o dziwo udaje nam się złapać jachtostop! Co prawda nie na południe, a na północ, do Puerto Montt w Chile, jednak niestety tylko dla jednej osoby.

Z Cristiną - w drodze na Ushuaię.

Z Cristiną – w drodze na Ushuaię.

Widok na miasto.

Widok na miasto.

Antarktyda - 1000 kilometrów!

Antarktyda – 1000 kilometrów!

W poszukiwaniu jachtostopu na Antarktydę.

W poszukiwaniu jachtostopu na Antarktydę.

Marina numer dwa.

Marina numer dwa.

Dotarcie do Ushuai to po Gibraltarze i przepłynięciu Atlantyku kolejny zakończony etap naszej podróży. Kupujemy więc butelkę whisky i postanawiamy to uczcić. Pogoda jednak nas nie rozpieszcza i szczerze mówiąc nigdzie wcześniej nie było nam tak zimno jak tutaj. Wdrapujemy się na opuszczoną starą łódź należącą do marynarki wojennej, gdzie świętujemy nasz mały sukces i spędzamy noc osłonięci od wiatru i mrozu panującego na zewnątrz. Z samego rana udajemy się na trekking na lodowiec, do którego docieramy po godzienie marszu. Sam lodowiec po wizycie w Perito Moreno nie robi na nas większego wrażenia, jednak co ciekawe można na niego wejść z przewodnikiem lub specjalnym sprzętem. Bez tego jest to zabronione. Postanawiamy zatem z Olkiem, że na czas wspinaczki będę pełnił rolę przewodnika i urządzamy sobie pierwszy w życiu spacer po lodowcu. Docieramy do miejsca, gdzie dalsza wędrówka faktycznie wymaga specjalistycznego ekwipunktu, więc decydujemy się powrócić na szlak. U podnóża góry słyszymy głos i wołającego nas chłopaka. Już poznajemy! To autostopowicz z Chorwacji, którego w Patagonii spotykaliśmy do tej pory 3 razy! Zbieg okoliczności sprawił, że nasze drogi przecięły się po raz czwarty. Chorwat zapoznaje nas ze swoim hostem i Jordanem – Polakiem, którego poznał kilka minut wcześniej. Na wspólnych rozmowach przy ciastkach i mate mija nam kilka godzin, po których zapraszamy Jordana do siebie na łajbę na sesję z yerbą i kolację. Niestety wspinając się na łódź nie pozostajemy niezauważeni i ochroniarz szybko nas z niej przepędza. Wieczór spędzamy w hostelu naszego nowego znajomego z Polski, zajadając kolację i popijając standardowo yerbę (jesteśmy przecież w Argentynie!). Przed 3 w nocy opuszczamy hostel i wracamy na naszą łódź. Pod osłoną nocy wdrapujemy się ponownie, tym razem pozostając niezauważeni. Nie wiedząc kiedy, opatuleni we wszystkie możliwe ciuchy, zapadamy w głęboki sen.

Miejsce do spania ogarnięte! Opuszczona łódź marynarki wojennej.

Miejsce do spania ogarnięte! Opuszczona łódź marynarki wojennej.

Świętujemy kolejny sukces ;)

Świętujemy kolejny sukces 😉

Nocleg na opuszczonej łodzi :)

Nocleg na opuszczonej łodzi 🙂

Zakaz wchodzenia na lodowiec.

Zakaz wchodzenia na lodowiec.

Ja w roli przewodnika. Wchodzimy!

Ja w roli przewodnika. Wchodzimy!

Od lewej: Chorwat, jego host, Jordan i my.

Od lewej: Chorwat, jego host, Jordan i my.

Ostatni dzień naszego pobytu to ponowna wizyta na marinie. Odwiedzamy biuro, w którym zostawiamy naszą CV’kę w poszukiwaniu jachtostopu na Antarktydę. Jak widać walczymy do końca 😉 Trochę przerażają nas wskazówki dotyczące przygotowania się do rejsu na najzimniejszy kontynent świata. Porady w stylu: ‚zostaw zwierzęta w domu’, czy ‚pamiętaj, że w razie sztormu jesteś zdany tylko na siebie i nie możesz liczyć na żadną pomoc’ sprawiają, że wizja płynięcia wzbudza w nas spore podekscytowanie. Mamy już przecież kurtki i czapki, więc czemu mielibyśmy nie spróbować? Na telefon od potencjalnego kapitana będziemy jednak czekać w drodze. Pogoda tutaj panująca jest trudna do wyobrażenia, pomimo tego, że jesteśmy teoretycznie w najcieplszejszym dla tego regionu okresie. Udajemy się zatem na koniec miasta i autostopem wracamy ponownie do Cristiny, która czeka na nas w Rio Grande. Tam spędzamy dwie noce piorąc wszystkie rzeczy i przygotowywując się do wizyty w Chile. Nasza hostka jest na tyle fantastyczną osobą, że ostatniego dnia urządza nam ostatnią wycieczkę po swoim mieście (bezinteresownie podrzucając przy okazji przemarzniętych autostopowiczów z Tajwanu 70 km dalej na granicę chilijsko – argentyńską) i załatwia nam nocleg u swojej znajomej w Punta Arenas, u której możemy zostać tak długo jak tylko chcemy.

My i nasze CV :)

My i nasze CV 🙂

Ostatni rzut oka na Ushuaię.

Ostatni rzut oka na Ushuaię.

Mając wszystko dopięte na ostatni guzik, po tygodniowym pobycie na Ziemi Ognistej ponownie stajemy na drodze, aby odkrywać kolejny mało znany nam kraj – Chile i dowiedzieć się, jak to naprawdę było z tym Pinochetem 😉 Ale o tym opowiemy Wam w następnych wpisach na naszym blogu 🙂