Wyspy Cook’a – po drugiej stronie globu

Spakować najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyć w nieznane. Żeglować po wodach nigdy wcześniej dotąd nie odkrytych. Zatrzymywać się i odwiedzać wyspy, których nie ma jeszcze na mapie i o których wcześniej nikt nawet nie słyszał. Wiele możemy zawdzięczać James’owi Cook’owi, ale dlaczego jego imieniem został nazwany akurat archipelag, w którym Anglik zatrzymał się tylko na jednej wyspie i to tylko na chwilę?

Wyspy Cook’a

Archipelag składający się z 15 wysp zamieszkały jest przez zaledwie 15 tys. osób, ale liczba odwiedzających go turystów przekracza 5-krotnie jego populację. Przyczyną tak małego zaludnienia jest w dużym stopniu migracja, gdyż około 60 tys. mieszkańców Wysp Cook’a wyemigrowało do Nowej Zelandii, od której to państwo jest w jakimś stopniu zależne. Walutą obowiązującą tutaj jest nowozelandzki dolar. Same wyspy zostały odkryte jeszcze w XVI w. przez Hiszpanów, by prawie 200 lat później ponownie odwiedził je James Cook na swoim sławnym The Bounty. Zostały one nazwane przez niego Wyspami Hervey’a, ale nie przyjęła się ona i została zmieniona przez rosyjskiego kartografa, by oddać cześć kapitanowo Cook’owi.

Mieszkańcy Wysp Cook’a przybyli tutaj z Polinezji Francuskiej już 1500 lat temu i zadomowili się na długo przed erą kolonizacji. Mieli oni stały kontakt ze swoimi wschodnimi sąsiadami, którzy zapraszali nawet ich na swoje festiwale muzyczne. Tradycja ta została jednak przerwana, gdyż goście zbyt często wygrywali, co spowodowało, że Polinezyjczycy przestali ich do siebie zapraszać. Nie miałem niestety okazji zobaczyć ich tańczących, ale w talencie muzycznym na pewno biją z łatwością swoich sąsiadów z kolonii francuskiej. Stolicą archipelagu jest Rarotonga, która jako jedyna obsługuje międzynarodowe loty. Z tego względu jest też najczęściej odwiedzaną wyspą.

Aitutaki

Drugą najczęściej odwiedzaną wyspą w archipelagu jest Aitutaki. Słynie ona głównie ze swojej wielkiej i błękitnej laguny, która powierzchniowo przekracza wielkość samej wyspy. Jedną z charakterystycznych rzeczy, które można zauważyć jest całkowity brak psów. Posiadają oni kilka legend, dlaczego tak jest, ale  miejscowi przeważnie mówią, że zjedli już je dawno wszystkie. Do dzisiaj został całkowity zakaz sprowadzania tych zwierząt. Jeśli więc posiadasz takiego czworonoga na swoim jachcie, to nie możesz nawet zrzucić kotwicy w okolicy. Oprócz psów, miejscowi jedli także w przeszłości ludzi. Kanibalizm dotyczył  wyłącznie obcych, a ludzkie mięso mogli spożywać tylko mężczyźni. Praktyki te zostały zakazane wraz przybyciem europejczyków. Aitutaki nie jest wielkie, ale mnie najbardziej w oczy rzuca się łagodny charakter terenu. Będąc już przyzwyczajony do skalistych i ostrych rysów, którymi raczyła nas przed długi czas Polinezja Francuska jestem w pewnym stopniu oczarowany wzniesieniami tej wyspy. Najwyższy szczyt Aitutaki ma niewiele ponad 100 m n.p.m., ale i on nie znalazł się tutaj przypadkowo.

Po pokonanych 480 milach w trzy dni, którym towarzyszyły nam surowe warunki pogodowe, docieramy do celu. Kanał prowadzący do laguny ma niestety zaledwie 1,6 m głębokości, więc z naszym zanurzeniem 1,75 m jesteśmy zmuszeni do zrzucenia kotwicy poza jej granicami. Droga do pokonania na dinghersie ma około mili długości, ale i tak większym zmartwieniem jest bujanie, które tutaj mamy. Dla bezpieczeństwa zrzucamy dwie kotwice z dzioba, a przez pierwszy dzień ktoś musi czuwać na łodzi. Dlatego też, podczas gdy John z Termometrem załatwiają sprawy migracyjne na lądzie, ja zostaję na jachcie i zajmuję się chowaniem warzyw oraz owoców w razie nagłej kontroli i niespodziewanej konfiskacji.

Następnego dnia z zapakowanym odpowiednio plecakiem decydujemy się z Termometrem na eksplorację wyspy. Zaczynamy od poleconego przez innych żeglarzy spaceru wzdłuż wybrzeża. Ścieżka wiedzie przy lagunie, gdzie mamy okazję oglądać przepiękne widoki. Kilka kilometrów trekkingu prowadzi nas do ‘miasteczka’, które nie różni się od pozostałych niczym szczególnym oprócz chwytliwej nazwy. „Welcome in Holywood” możemy zobaczyć na znaku przybitym do drzewa. Nazwa tej wioski wzięła się od wielu przybyszów z Holywood, którzy postanowili spędzić tutaj resztę swojego życia. Od jednego mężczyzny, który mieszka już tutaj 37 lat, dowiadujemy się, że wyspa bardzo zmieniła się na przestrzeni tych lat. „Jak tu pierwszy raz przyjechałem, wziąłem zgrzewkę browarów, żeby to uczcić. Podałem ją komuś, żeby włożył do lodówki. Wtedy się dowiedziałem, że nie ma tutaj lodówek!” – wspomina starszy człowiek wywodzący się z Irlandii. Większość rozmowy jednak sprowadza do braku dbałości europejczyków o swoją kulturę i przyjmowanie obcej pod postacią „uchodźców”. Po kilku chwilach wspólnego narzekania, żegnamy sie z naszym rozmówcą i ruszamy do dalszej drogi.

Zaczynamy tripa.

Półwysep.

Standardowa droga na Aitutaki

Domy tutaj są zazwyczaj malutkie, kolorowe, bardzo rzadko ogrodzone i położone blisko asfaltowej drogi, którą maszerujemy. Do kolejnych kilometrów pokonanych pieszo zmusza nas całkowity brak ruchu drogowego, ale czego można się spodziewać po wyspie, na której mieszka 1800 osób. Ostatecznie udaje nam się złapać dwie krótkie podwózki tego dnia. Jest to pierwszy raz, kiedy łapię stopa w kraju, gdzie ruch jest lewostronny.

Docieramy w końcu do szczytu, który nie znalazł się tutaj przypadkowo, o czym wspominałem już na początku tego posta. Legenda głosi, że wielcy wojownicy Aitutaki wsiedli na swoje canoa’y (pojazdy podobne trochę do kajaka), powiosłowali do stolicy Rarotonga, ucięli jedną z gór, załadowali na canoa’y i powiosłowali z nią właśnie tutaj. Wiarę w tę legendę zostawię pod Waszą ocenę, ale ja jestem zadowolony, że ta góra się tam znajduje. Widok z niej jest przepiękny!

Na górę trzeba sobie wejść.

Ale jak się domyślać możecie – warto.

Trochę wieje, ale pogoda nam dopisuje.

Udajemy się na plażę, która uznawana jest za jedną z najładniejszych. Planujemy na niej rozbić namiot i spędzić tam noc, ale docieramy dość wcześnie i zmieniamy założone wcześniej plany – idziemy dalej. Spacerując już po zmroku, zatrzymuje się motocykl. Jest to poznany przez nas wcześniej Taco, który uraczył nas wodą z saturatora, gdy byliśmy już bardzo spragnieni. Pracuje on jako ochroniarz na lotnisku i dowiadując się, że szukamy miejsca na namiot ma dla nas idealne lokum –
osłonięta od wiatru i przede wszystkim zadaszona siłownia dla pracowników. Przeszliśmy tego dnia ponad 20 km w słońcu i z nie lekkim plecakiem, którym zmienialiśmy się co jakiś czas. Masa jednak sama się nie zrobi. Pompa przed snem musi być.

Rano znajdujemy na trawniku koło siłowni szlauch, który pozwala nam na odpowiednie wyszykowanie się do kościoła. Przed nami kolejne parę kilometrów spaceru, które przerywa Taco obdarowując nas całą siatką bananów. Na samej malutkiej Aitutaki widzieliśmy kilka różnych kościołów. My wybieramy ten polecany z przewodników – Chrześcijański Kościół Wysp Cook’a. Oczekujemy tam lokalnych pięknych śpiewów, a po samej mszy świętej zaproszenia na śniadanie/poczęstunek. Możemy zobaczyć ludzi w tradycyjnych strojach i usłyszeć ich piękne głosy, jednak z samego żarełka nici. Pod tym względem przewodniki się myliły, ale trzeba im przyznać, że faktycznie warto było się tam wybrać. Tym akcentem kończymy naszą wycieczkę dookoła wyspy i wracamy na jacht.

Poranna toaleta. Co ciekawe nawet nie weszliśmy do namiotu i spaliśmy w śpiworach obok, ale przynajmniej się przewietrzył.

Chrześcijański kościół Wysp Cook’a.

Nasz kapitan informuje nas o przedłużeniu pobytu na Aitutaki. Wiatr całkowicie umarł, a ponadto John ma dużo spraw na głowie. Wykupuje internet (30$ za 3Gb), z którego możemy także skorzystać, dzięki czemu czas zlatuje bardzo szybko. Jednego dnia wypożycza on sobie także skuter, którego także używamy. Wybieramy się jeszcze raz na wycieczkę po wyspie, pokonując ją innymi drogami. Jest nie małym wyzwaniem przyzwyczajenie się do ruchu lewostronnego, a już przy pierwszym zakręcie jadę pod prąd. Z czasem jest coraz lepiej, ale i tak każde auto wyjeżdżające zza zakrętu sprawia wrażenie, jakby jechało prosto na Ciebie jakny chciało sprawdzić, kto lepiej wyjdzie z tego zderzenia. Oczywiście kaski są tutaj nieobowiązkowe, a moją jedyną ochroną są okulary przeciwsłoneczne.

No to sru 🙂

Jak dobrze wiadomo nieszczęścia chodzą parami. W tym wypadku tych par było kilka i wszystko właśnie miało się zacząć. Wymienię kilka z tych wydarzeń:
– Deszcz zmoczył nam kilka kilogramów ryby (barakudy), którą złowiliśmy i którą dokładnie pokroiłem, zamarynowałem i dałem do suszenia w specjalnym do tego pojemniku. Ryba się zepsuła i trzeba było ją wyrzucić.
– Kotwica zaplątała się w rafę koralową co zmusiło Johna do nurkowania i odplątywania łańcucha na głębokości około 20 m przy kończącym się w butli tlenie.
– Największym chyba jednak nieszczęściem było zerwanie się linki od drabinki. Wisząc tak za łódką, zahaczyła ona o miotającego się za nami na metrowych falach dinghersa. Dziura na dwa palce. Naprawa dwa dni. Mocno utrudnione dojście na ląd.
– Przez zepsutego dinghersa nie jesteśmy w stanie przywieźć pitnej wody na jacht. Nasze zbiorniki robią się naprawdę suche, a nasz water maker budzi ostatnio wątpliwości co do swojej niezawodności.

Żegluga – po drugiej stronie globu

Kapitan coraz bardziej zdenerwowany ciągłymi nieszczęściami, które były niczym w porównaniu z jeszcze większymi problemami związanymi z jego firmą, decyduje się na wypłynięcie jeszcze przed zaplanowanym wcześniej czasem. Jest to bardzo dobra decyzja, która szybko rozluźnia sytuację. Cały pech zostawiamy za sobą. Water maker przy włączonym silniku robi nam wodę, my naprawiamy na spokojnie dinghers’a. Po zaledwie paru godzinach pojawia się również idealny wiatr do spokojnej i bardzo przyjemnej żeglugi. Nie ma nawet większego znaczenia fakt, że trzy kolejne ryby zrywają nam się z haczyka zanim zdążyliśmy je nawet zobaczyć.

Ważne jest natomiast miejsce w jakim żeglujemy. Na tej trasie pomiędzy Wyspami Cook’a, każdy z naszej trójki przekracza połowę swojej podróży. John zaczął swoją podróż w mieście Bar w Czarnogórze (w sumie całkiem zabawne, że jego podróż to tak naprawdę wycieczka z Baru do Baru tylko trochę okrężną drogą), Termometr w Pieszycach, a ja w Gliwicach, które położone są na południku E18,37. Przepływając przez szerokość W161,23 jestem dokładnie po drugiej stronie globu. Jest to dla mnie bardzo ważne miejsce, gdyż minęła właśnie połowa drogi mojej podróży autostopem dookoła świata i od tego momentu, każdy kilometr w końcu będzie mnie przybliżał, a nie oddalał od ukochanej ojczyzny. O dziwo nikt nie podziela tutaj mojego entuzjazmu, gdy zaczynam z radości dmuchać w trąbkę o 8 – mej rano.

Palmerston

Palmerston jest atolem z 11 km laguną. Tworzy go 30 wysepek, które podczas przypływu łączą się ze sobą zamykając całkowicie pierścień. Miejsce jest to jednak wyjątkowe przede wszystkim ze względu na jego historię. Wszystkie 60 osób obecnie zamieszkujące Palmerston, jest przodkami Williama Marstersa, który w drugiej połowie XIX w. postanowił zamieszkać tutaj wraz ze swoimi trzema polinezyjskimi żonami, tworząc swego rodzaju ‘dynastię’. Miał on 23 potomków pierwszej generacji, by dzisiaj po 150 latach rodzina mogła rozrosnąć się aż do 3 tys. osób. Większość wolała jednak wyemigrować do Australii, lub Nowej Zelandii, ale w szczytowym momencie mieszkało tu 300 ludzi. Zabawne jest, że wszyscy mieszkający tutaj ludzie mają dokładnie to samo nazwisko, co rzuca się mocno w oczy na cmentarnych nagrobkach.

W takim miejscu chyba każdy chciałby się osiedlić.

Mając tutaj tylko takie widoki, słońce i trzy żony.

Pamiętać trzeba, że zrezygnował on dla tego z wielu dogodności życia codziennego, którego my dzisiaj nie doceniamy.

Termometr zmęczył się zwiedzaniem. Łóżko tutaj nie jest potrzebne.

 

Do Palmerston lrzypływamy jeszcze przed świtem. Szukając boi do zacumowania już słyszymy, jak ktoś woła nas przez radio z wyspy. Jest to jednak głos dość niezrozumiały. Chwilę później pojawiają się lokalsi i proszą nas o zmianę boi na inną, gdyż ta do której zacumowaliśmy należy do innej rodziny. Dość łatwo można wyczuć małą walkę o przybysza, ale nie kwestionujemy decyzji wygranego. Chwilę później pokazuje się u nas człowiek, który zajmuje się sprawami formalnymi i pomaga nam z migracyjnymi papierami. Zostajemy też poinformowani, że „nie możemy” opuścić jakiegoś wydarzenia i natychmiastowo jesteśmy zgarnięci na ląd.

Rodzinka, która nas przyjmuje jest bardzo, ale to bardzo miła. Częstują nas kawką, śniadaniem, ciastem i boczkiem. Boczkiem tak pysznym i ociekającym zajebistością, że jedząc go przeżywam coś w rodzaju smakowego orgazmu. Bill, bo tak ma na imię przedstawiciel rodziny, u której gościmy, ubiera nas w swoje koszule byśmy nie wyglądali jak fleje i zaprowadza na uroczystość odkrycia nagrobka niejakiego Marstersa. Wychodzą poszczególni członkowie rodziny opowiadając historie i przeżycia związane z nieboszczykiem. W krótkim czasie można się wiele nauczyć o życiu na tej małej wysepce, na której zmarły nie był od kilkudziesięciu lat, ale w testamencie poprosił, by go spalono i pochowano właśnie na Palmerston. Po tej uroczystości zaczyna się stypa. Posiłków jest więcej niż moglibyście sobie to wyobrażać. Ja nie podołałem zadaniu skosztowania wszystkiego. Jedyne co może przypominać tutaj polskie danie to kurczak. Po wyżerce, która jest dla mnie jak wigilia (pod względem ilości jedzenia), udajemy się z powrotem do domu Billa, gdyż on już naszykował dla nas lody. Po tym wszystkim jego dzieci zabierają nas na spacer po wyspie. Mamy okazję zobaczyć m.in. wrak, szkołę, klinikę, domy, zagrody. Jest to na prawdę bardzo ciekawa wycieczka i jeszcze bardziej edukująca. Wracamy na kolejną kawkę z ciastem, gramy w siatkówkę, a na koniec wybieramy się na spacer dookoła tej wysepki, która ma zaledwie 2 km kwadratowe.

Nie jedliśmy mięsa już od dawna. Mniam, pycha, BOCZEEEEK!

Kilka zamrażarek wypchanych po brzegi. Gdzieś trzeba trzymać wszystkie zapasy ponieważ statek dostawczy przypływa tutaj tylko trzy razy do roku.

Stypa i wyżerka do oporu. Koszule może nie szyte na miarę, ale przynajmniej jest kulturka.

Wycieczka po wyspie z naszymi szalonymi przewodnikami, którzy w pewnym momencie zaczęli się rzucać ‚szyszkami’, pokłócili się i rozdzielili – ubaw po pachy 🙂

Szkoła, która o dziwo trzyma tutaj wysoki poziom i umożliwia dzieciom po jej ukończeniu kontynuować naukę w stolicy. Nauczyciele to para z USA, która postanowiła się przeprowadzić do tego raju na parę lat i poświęcić edukacji najmłodszych.

Mają tutaj nawet stację meteorologiczną xD.

Zacięta walka na kciuki… Przegrałem 🙁

Bill nazywa swój dom yacht club’em. Prawie wszędzie można dostrzeć jakieś elementy żeglarstwa. Okno z wraku, stół z wraku, maszt położony przy domie. Charakterystyczne są też zwisające flagi różnych narodowości pod dachem. Gospodarz nie tylko oprowadza nas po swojej posesji tłumacząc dokładnie jak wygląda tutaj życie. Dzieli się on z nami wszystkim. Daje banany, kokosy, chleb, ryby, a za to wszystko nie chce ani grosza.

Jestem w głębokim szoku, jaką gościnnością jesteśmy tutaj obdarzeni. Potęguje to jeszcze fakt, że 3 gałęzie rodziny (od 3 żon Marstersa) konkurują ze sobą o przyjęcie przybyszy. Oczekują oni w zamian tylko jakiejś drobnej pomocy przy połowie, naprawie czegoś, czy w szkole, gdy masz zamiar zostać na dłużej. My niestety jesteśmy w małym pośpiechu i jedyne co możemy zrobić to zostawić Billowi naszą polską flagę na pamiątkę i powiedzieć kilkukrotnie i szczere: dziękujemy!

Po kolacji na którą zapraszamy do nas sąsiedzów z łodzi Carpe Diem jeszcze tego wieczoru wypływamy na ocean. Nasz pośpiech jest spowodowany brakiem roamingu, który jest niezbędny kapitanowi do wykonania ważnych transakcji i musimy jak najszybciej udać się do Tongi. Zatrzymujemy się jeszcze po drodze w jednym z najmniejszych państw na Ziemii, ale o tym już w kolejnym poście.