Tuamotu – pierwszy raz na atolu

Musimy opuścić żagle. Czy to nadchodzący sztorm? Nie tym razem! Zbliżamy się do pierwszego widzianego przeze mnie atolu. Wpłynąć nie jest łatwo, gdyż woda z laguny, potrafi rozpędzić się do kilku węzłów w przejściu. Trzeba czekać na właściwy moment, a my płyniemy zbyt szybko. Zdaliśmy sobie z tego sprawę kilkadziesiąt mil przed atolem, zmniejszyliśmy powierzchnię żagli, a u celu pojawiliśmy się w idealnym momencie. Ale co to jest w ogóle ten atol?

Atol

Jeszcze nie tak dawno nawet nie zdawałem sobie sprawy z istnienia takich cudów natury jakim są atole. Widziałem zdjęcia małych domków zbudowanych na kilku palikach w lazurowej wodzie, przy białej plaży porośniętej kokosami. Były to zdjęcia jak z raju, z obrazka którego nie spodziewałem się nigdy zobaczyć. Nie wiedziałem, czy takie miejsca w ogóle istnieją, a tym bardziej gdzie się znajdują. Nie mówiąc już o tym, jak to jest możliwe, że natura stworzyła je takimi pięknymi. Wierząc dostępnym źródłom informacji, atole były kiedyś wyspami wulkanicznymi. Wyspa taka, ze względu na sprzyjające ku temu warunki, porastała dookoła rafą koralową, W miarę upływu czasu, gdy wyspa opadała (z niewiadomych przyczyn), rafa pięła się w górę tworząc obręcz. Taki pierścień lądu charakteryzuje się wzniesieniem nad poziom oceanu 1 – 2 m. Może być on zamknięty tworząc w środku jezioro, półokręgiem, być niemal domknięty, lub być zbiorem wysp ułożonych w charakterystyczny sposób.

Toau. Kapitan pozwala nam używać swojego drona, dzięki czemu mamy możliwość zrobienia niesamowitych zdjęć i ujęć. Tutaj oprócz naszego jachtu zaparkowanego w przejściu, można zauważyć charakter atolu, który zamyka się w okręgu. Toau jest niemal zamknięte. Nie ma możliwości wpłynięcia do niego żaglówką.

Kauehi. Tutaj można zobaczyć posiatkowany atol, który tworzy niezliczoną ilość wysp.

Tuamotu

Tua – wiele, motu – wysp. Największy na świecie, liczący 78 atoli koralowych, archipelag należący do Polinezji Francuskiej, nazywany jest przez żeglarzy ‘trudnym’. Najwyższy widoczny obiekt to palma kokosowa, nie wyższa niż 18 m, która w najlepszych warunkach nie może być zauważona z odległości przekraczającej 10 mil. Gdy jeszcze na świecie nie istaniał system GPS, bez którego dzisiaj niemal nikt na ocean się nie wybiera, poruszanie się tutaj było bardzo niebezpieczne, Spowodowane jest to ilością i zagęszczeniem wysp, oraz słabą ich widocznością. Atole tutaj mają nieraz ponad 20 mil, a laguna w środku sięga 50 m głębokości. Podczas przypływów i odpływów, woda przemieszcza się przeważnie wąskim przesmykiem. Dochodzące do tego prądy morskie, fale i wiatr potrafią stworzyć niesamowite zjawisko zwane stojącą falą. Nie miałem okazji jej zobaczyć (mieliśmy program liczący i informujący nas o właściwym czasie spokoju na poszczególnych atolach), ale jest to podobno ściana wody, sięgająca nawet kilku metrów. Ląd tutaj czasami ciągnący się przez wiele kilometrów jest bardzo wąski, mający na oko 200 – 300 metrów. Jest on mało żyzny. Jedynym nadającym się do uprawiania tutaj owoców jest kokos. Oprócz sprzedaży kokosów mieszkańcy Tuamotu zarabiają na turystyce i połowie ryb. Ważnym dochodem są też farmy pereł, z których ten archipelag słynie.

Perły

Perły, czyli małe kuleczki o średnicy zwykle mniejszej niż 1 cm, z nieznanych mi powodów uznawane są za wartościowe. Mają one kolor biały, czarny, szary, lub jakiś łączony. Powstają czasem naturalnie, ale zwykle z pomocą człowieka. Aby taka ładna kulka miała możliwość zaistnienia, muszla perłowa musi zostać zanieczyszczona, gdyż same z siebie pereł nie produkują. W farmach taka muszla zostaje otwarta i lekko uchylona, a w szczelinę zostaje włożony kawałek gumy. Wtedy do środka może zostać wprowadzany kawałek materiału tak, by nie zaszkodzić stworzeniu w żaden sposób. „Matka” – bo tak jest ona nazywana, zaczyna dookoła tego „zanieczyszczenia” tworzyć okrągłą powłokę, która przyjmuje bardzo ładny kolor i jest nazywana perłą. Taka praca musi zostać wykonana bardzo precyzyjnie i nie wiedzieć czemu, nawet tutaj jest ona wykonywana przez Chińczyków (a właściwie to Chinki). Na czas tworzenia perły, muszle trzyma się w siatkach pod wodą, które otoczone są wieloma rybami próbującymi dobrać się do nich i złapać chociaż ich kąsek.

Kauehi

Kauehi jest atolem o wąskim przejściu, więc musimy wstrzelić się dobrze w odpowiedni czas, by do niego wpłynąć. Do środka wpływamy przed południem, ale do wioski do której zmierzamy mamy jeszcze kilka mil żeglugi po lagunie. Na miejscu jesteśmy wniebowzięci widokami, odpalamy kajak i ruszamy w drogę. Dno robi się bardzo płytkie już na paręset metrów przed brzegiem, a od czasu do czasu, wystające główki rafy nie pozwalają nam wiosłować. Czas rozprostować nogi! Spacer nie jest aż tak przyjemny, jak mogłoby się wydawać, gdyż rafa potrafi być ostra, podobnie jak muszelki, które nie są zawsze gładko zakończone. To, co oczy dostarczają do mózgu potrafi jednak uśmierzyć taki ból. Jesteśmy w raju i nic nie może tego popsuć.

Wyprowadzam kajak na spacer.

Kauehi nie jest małe, znajduje się tutaj nawet lotnisko! Jest tu dobra droga, market, kościół i ludzie grający w piłkę – ładna mała wioska. Krótki spacer tam i z powrotem, kilka razy wstrzymany oddech m.in. patrząc na zachodzące słońce i nie ma tutaj nic więcej do roboty.
Zostaje jeszcze snorkeling – dobre gogle, płetwy i rureczka. Można oglądać to, co na Tuamotu najlepsze, czyli przepiękny świat podwodny! Rozciągająca się rafa mieni się w różnych kolorach od wzburzonej tafli wody i przebijających się przez nią promyków słońca. Niebieskie, czarne, żółte, pomarańczowe i inne rybki różnych rozmiarów pływają razem ze mną między (nieco przypominającymi grzyby) rafami, które łącząc się ze sobą tworzą podwodne tunele. Tutaj też pierwszy raz zobaczyłem z bliska rekina. Nareszcie! Wszystkie pływające w okolicy były jednak niewiele większe od mojej nogi. Nic strasznego. Płyniesz za nim, a on bez pośpiechu od Ciebie się oddala. Jest czas, by się dobrze przypatrzeć, o ile nie zaczniesz machać w gwałtowny sposób kończynami. Może to przestraszyć rekina. Przynajmniej tutaj…

Zachodzące słońce oglądane z Kauehi.

Zwijamy kotwicę i ruszamy dalej. Druga strona atolu, oddalona o kilka mil. Bezludna. Pasek lądu jest mocno poszarpany. Co kilkaset metrów wyspa się kończy, a chcąc kontynuować spacer trzeba po kolana/pas w wodzie brodzić do następnej. Jest tylko piasek, muszle, rafa, kokosy i parę krzaków. Spokój zakłócają tylko roztrzaskujące się o skały od strony oceanu fale. Nieco inny widok można zobaczyć w ciasnych połączeniach. Przypomina on trochę powierzchnię Marsa, ale gdzie się nie rozejrzysz i tak zawsze zauważysz rafę, kokosy, piasek i niekończący się błękit…
Wskakujemy kolejny raz do wody. Jest bajecznie. Można oglądać to, co najpiękniejsze. Znowu błękit, ryby, rafa i rekiny, które są tutaj już sporo większe. Nie są one w żaden sposób zainteresowane obecnością ludzi. Pływają niewzruszone, jakby mnie tam w ogóle nie było. Przynajmniej do czasu… W pewnym momencie (chyba z pół godziny od początku snorkelowania) jeden rekin o podobnej do mnie wielkości (co najmniej 1,5 m) płynie zdecydowanie w moim kierunku. Jego paszcza jest lekko uchylona, pokazując mi swoje całe szerokie uzębienie. Wiem, że coś jest nie tak i gdy zbliża się już na niebezpieczną odległość, wyciągam się w dół, by pokazać swoją wielkość. Duże żółte płetwy, które mam na nogach, oraz ręce rozstawiam szeroko, ale głowę trzymam cały czas przy powierzchni. Dzięki temu mogę nie spuszczać rekina z oczu, ale jednocześnie mieć cały czas rurkę ponad wodą i w miarę możliwości spokojnie oddychać. Rekin zmienia swój kierunek i zaczyna mnie okrążać w odległości nie większej niż dwa metry. Przy drugim okrążeniu dołącza do niego podobnej wielkości kolega, a ja cały czas kręcę się w miejscu, nie spuszczając ich ani na sekundę z oczu. Jeszcze jedna rundka… Co robić?! Czekać? Jedyne co mi przychodzi do głowy to narobić szumu, coś czego rekiny nie znają. Zaczynam machać rękami i nogami na wszystkie strony, a wytwarzające się bąble zaczynają mnie otaczać. Zauważam, jak te dwie kreatury powoli zaczynają się oddalać. Gdy tylko tracę je z oczu popłynę do dingersa niczym olimpijczyk.
Spotykam tam Johna, który po usłyszeniu mojej opowieści mówi, że nie ma się czego obawiać (Gienia, która była tego jeszcze bardziej pewna, następnego dnia zmieniła całkowicie zdanie, gdy zaczęły ją okrążać cztery rekiny). Słyszę od Kapitana, że upolował kilka ryb, ale zanim zdążył je wyciągnąć z wody zostały rozszarpane przez rekiny. Mówi, że jest to świetne widowisko. Zapominam więc o całym zdarzeniu, które przed chwilą zaistniało, biorę harpun do ręki i wracam do pływania. Mam w ręku ponad metrową broń, którą mogę przedziurawić na wylot cokolwiek, co może do mnie podpłynąć. Nie celuję w rekiny. Czuję się teraz łowcą, podobnie jak one. Cel i pal. Kilka razy. Za każdym razem brakuje milimetra. Koniec zabawy w karmienie tych potworów – czas przygotować kolację.
Ładujemy wszystko do dingersa i lecimy na ląd. Jesteśmy tylko my. Nie ma nawet komarów! Rozpalamy wielkie ognisko. Pod nim w sreberku grzeją się ziemniaki, nad nim piecze się ryba, z boku Gienia przygotowywuje sałatkę. Dzień wcześniej kosztowaliśmy tę rybę razem z Johnem, niczym króliki doświadczalne, by upewnić się, że nie ma w niej sigatery – choroby spowodowanej chemikaliami i męczącej swoimi objawami nawet przez dwa tygodnie. Dla bezpieczeństwa i dobrego trawienia mamy też tequile. Lubię się czuć bezpiecznie… Tego dnia poszedłem spać pijany, ale każdy wie, że bezpieczeństwo jest najważniejsze.

I już nic mi nie straszne.

Taka plaża.

I taka na niej flacha.

A tak to wszystko wygląda z góry.

Fakarava

Drugi co do wielkości, kształtem przypominający bardziej prostokąt niż koło, atol na archipelagu. Wioska tutaj jest także jedną z większych na Tuamotu. Liczy sobie 800-900 mieszkańców. Dostawa jedzenia jest raz w tygodniu, a świeże owoce i warzywa można dostać przez około 3 dni. Także przez 3 dni w tygodniu przebywa tutaj lekarz, do którego można przyjść z wizytą. Wioska jest na tyle duża, że dostępny jest nawet internet z rozsądną prędkością. Jesteśmy tu o rok za wcześnie, gdyż projekt przewiduje podciągnięcie dnem oceanu światłowodu, który na pewno zwiększy jego jakość. Droga ma tu około 25 km i ciągnie się od lotniska, aż do końca asfaltu… Dokładnie tak. Była ona zbudowana i przygotowana na przyjazd prezydenta Jaques’a Chirac’a, który jednak nigdy się tutaj nie pokazał. Asfalt został i prowadzi po prostu donikąd. Ludzie są niesamowicie przyjaźni! Każdy z każdym wita się machnięciem ręki i nikt nie może zostać pominięty. Autostop natomiast jest chyba najłatwiejszy na całym globie. Wystawiamy kciuki i zatrzymuje się pierwszy przejeżdżający samochód, który jedzie tylko dwa kilometry. Słysząc, że my zmierzamy dalej, jedzie do sąsiada, bierze od niego dwa kanistry, zalewa samochód benzyną i mówi, że zawiezie nas tam gdzie chcemy. 15 km dalej kończy się droga, a my wysiadamy, bo jesteśmy u celu. Zaczynamy się drapać po głowach i zastanawiać, po co my tu właściwie przyjechaliśmy. Nie ma tu nic. Jemy więc pomplemusa, którego zapakowaliśmy do plecaka i kierujemy się spacerem z powrotem. Jedziemy na drugi koniec drogi, czyli na lotnisko, by znowu się wrócić i zakończyć wycieczkę we wiosce. Brak wody do picia nie jest wielkim problemem. Jak jesteś spragniony to po prostu zrywasz kokosa, walisz nim o ziemię i pijesz.

Chwila odpoczynku w wiosce na ławeczce.

Z zajebistymi Polinezyjczykami, którzy dali nam podwózkę. Zasłyszeliśmy też u nich świetną piosenką, która do dziś brzmi w głowie i którą na pewno będziecie mogli usłyszeć w jednym z odcinków ADŚ.

Nie ma dużego ruchu drogowego.

Przy tak dobrym autostopie podwózka trafia się bardzo szybko. Wystarczy tylko, że przejedzie jakieś auto.

Taki widoczek z wioski na lagunę.

Kolejny dzień spędzamy po drugiej stronie atolu. Żeglując do błękitnej zatoki trzeba się mieć na baczności. Głębokości na mapie są tam niedokładnie zaznaczone, a rafa koralowa często pokazuje swoje główki w niespodziewanych momentach. Z tego też powodu, kotwicę zrzucamy dość daleko od brzegu, a my z Termometrem decydujemy się na kajakowanie. Tuż przy samym brzegu zauważamy oddaloną wysepkę z jedną palmą i porywamy się na jeszcze więcej wiosłowania. Nie jest łatwo, ale warto podjąć taki wysiłek. Jesteśmy tutaj najważniejsi, jesteśmy królami, jesteśmy jedyni. Jesteśmy na bezludnej wyspie!

Fakarava ma wyjątkowo szerogi wlot do laguny, co czyni go w miarę łatwym i dość bezpiecznym. Nawet jeden żeglarz, płynąc o najgorszej możliwej porze, natrafił na stojącą falę przekraczającą 2 m, która go mocno zmoczyła i jeszcze bardziej przestraszyła. Nie stało mu się nic, więc to przejście nie jest takie straszne. Miejsce to jest naszym następnym celem snorkelingu. Jest pięknie i jestem w stanie dostrzec tutaj największego rekina jakiego widziałem do tej pory. Jest większy ode mnie, ale to nie ma znaczenia. Zajęty oglądaniem świata podwodnego nie zauważam, jak prąd zaczyna mnie znosić w stronę przesmyku. Słyszę natomiast z oddali krzyk Gieni, że jestem już za daleko. Odwracam się, zaczynam płynąć i już wiem, że tego dnia wrócę zmęczony. Szczęście chciało, że miałem na sobie płetwy, dzięki którym byłem w stanie niemal zniwelować nurt, a dodatkową pomocą była rurka, więc nie musiałem tracić energii na obrót przy łapaniu powietrza. Uważam siebie za dobrego pływaka, ale wybrnięcie z tego miejsca przyprawiło mi sporo kłopotu.

Nasza wyspa.

Szykuje się do snorkelingu.

Podwodny świat.

Toau

Trzecim i zarazem ostatnim atolem na Tuamotu, przy którym się zatrzymujemy jest Toau. Zatoka jest tutaj odsłonięta i nie ma potrzeby wpływania do środka. Jedynymi mieszkańcami są ludzie należący do dwóch rodzin. Jest pięknie i spokojnie. My standardowo zabieramy się po kolei za kajak, spacer, snorkelowanie, zabawę z dronem i jakieś piwko (nie zawsze w takiej kolejności). W zatoce jest jeszcze kilka innych jachtów. Zawieramy nowe znajomości, słuchamy ciekawych opowieści innych ludzi, dzielimy się też swoimi. Dzień mija nam w bardzo wyluzowanej atmosferze, a wieczorem gromadzimy się przy stole z jedną z rodzin i innymi żeglarzami. Jest tu nawet Polka! Miejscowi grają na swoich instrumentach, Ci co potrafią starają się dołączyć używając np. łyżek. Czas mija bardzo szybko.

Miejsce w którym się zatrzymaliśmy.

Domek na wyspie. To jedyna ściana w nim wybudowana. Po co komu więcej?

Podsumowanie

Wszystkie trzy odwiedzone przez nas atole znajdują się w strefie, która jest na liście dziedzictwa naturalnego UNESCO. Nie mam pojęcia jak wyglądają atole z poza tej strefy, ale te tutaj robią ogromne wrażenie. Bijący spokój i błękit laguny pozwalają zapomnieć o całej reszcie świata, przynoszą relaks, można poczuć się jak w raju. Jedynym zagrożeniem są chyba tylko rekiny, które teoretycznie nie powinny atakować ludzi. Zdarzają się jednak wypadki ataków na poławiaczy pereł. Ci jednak przesiąknięci są zapachem ryby, ponieważ otworzenie muszli wydziela odór, który przyciąga rekiny.
W archipelagu Tuamotu przeprowadzane były także próby broni nuklearnej przez Francję. Mnie jest ciężko wyobrazić sobie rozwalanie tak pięknych wysp, ale gdzieś te atomówki trzeba przetestować. Przynajmniej taka była polityka Francji, która podniosła tysiące osób do protestów. Z tablicy, którą oglądałem na Fakaravie można się dowiedzieć, że bomba wybuchła na południu archipelagu, ale nie na jego obrzeżach. Można zobaczyć też fotografie tysięcy protestujących, czy przeczytać listę chorób pojawiających się po wybuchu. Informacje te były niestety w języku francuskim, ale wszystko to było pod nazwą „193”, co oznacza ilość przeprowadzonych testów. Więcej o tych próbach możecie przeczytać na naszym fanpage’u.

Przed nami zaledwie dwa dniu żeglugi do nowego archipelagu. Największy, najludniejszy i najciekawszy ze wszystkich – Society Islands. O przygodach na Tahiti, Bora Bora i innych wyspach już wkrótce.