Salvador w stanie Bahia

Naszą przygodę w Brazylii rozpoczynamy od załatwienia formalności związanych z przybyciem do tego kraju. Udajemy się całą załogą do specjalnego biura, w którym powinniśmy załatwić wszystkie papierkowe sprawy. Robimy pierwszy krok na nowym lądzie i szybko dociera do nas, że wylądowaliśmy w piekle. Temperatura jest nie do zniesienia. Praktycznie nie ma czym oddychać. Idziemy 20 minut, jednak na miejscu zostajemy cofnięci przez policję. Okazuje się, że jest to teren wojskowy i możemy wejść jedynie w długich spodniach. Wracamy zatem na łódź, ubieramy się jak nakazano wypijając przy okazji 2 butelki wody i próbujemy drugi raz. Na miejscu okazuje się, że wcześniej musimy udać się do Policji Federalnej, której siedziba jest odległa o 5 km. Robimy zatem długi spacer na posterunek, gdzie próbujemy załatwić wizy. Cała procedura trwa ponad godzinę, ale to jeszcze nie koniec. Zostajemy odesłani do kolejnego biura 2 km od posterunku, gdzie teoretycznie powinniśmy dostać pieczątkę zezwalającą na pobyt. Teoria do stanu faktycznego, ma się w Brazylii mniej więcej tak, jak nasz 2 odcinek z Gibraltaru do abstynencji. Kapitan po wypelnieniu 15 stron formularzy pieczątki nie otrzymuje, bo akurat tego dnia osoba odpowiedzialna za przybijanie pieczątek jest w innym miejscu, a nikt nie może tego zrobić za nią!!! Biurokracja jest tutaj monstrualna i pierwsze wrażenie pobytu w Brazylii nie należy do najprzyjemniejszych. Kapitan postanawia załatwić wszystko następnego dnia, więc całkowicie wykończeni wracamy na łódź, żeby odetchnąć.

Taki tam Salvador ;)

Taki tam Salvador 😉

Wieczorem udajemy się zwiedzać miasto. To co rzuca sie w oczy to wszechobecność banków i brak sklepów wielobranżowych. Pierwszego sklepu szukamy ponad dwie godziny. To nie żart! W Salvadorze cały handel odbywa się na ulicy. Ktos sprzedaje hot-dogi, kto inny wodę, a jeszcze kto inny owoce i warzywa. Wszystko tu jest bardzo tanie i smaczne, jednak syf jaki pozostawiają uliczni sklepikarze pod koniec dnia nieco poraża. Około godziny 22 całe miasto tonie w śmieciach, a służby porządkowe mają w ciągu nocy masę roboty, aby doprowadzić miasto do stanu użyteczności. Ostatecznie udaje nam się znaleźć sklep, w którym kupujemy coś do jedzenia. Idziemy odpocząć do pobliskiego parku i od razu zostajemy zaatakowani przez 3 młode dziewczyny, które próbują przekabacić nas na swoją wiarę. W Brazylii dużym problemem kościoła katolickiego jest brak odpowiedniej liczby księży i szybki wzrost kościoła ewangelickiego, który wykorzystuje właśnie tę lukę. Dla przykładu: w 38 milionowej Polsce wyświęconych mamy ponad 30 000 kapłanów. W 200 milionowej Brazylii jest ich tylko 16 000. U ewangelików praktycznie każdy może zostać księdzem, co w odległych miasteczkach Brazylii, gdzie duchowni katoliccy odwiedzają swoje parafie raz na miesiąc, a w Amazonii nawet raz na rok, powoduje, że łatwo jest dotrzeć do tych ludzi ze swoimi prawdami. Dla ewangelików pieniądze są święte, zatem czarują oni swoimi opowieściami słabo wykształconych Brazylijczyków, przekonując do płacenia ‚dziesięciny’, bez której nie będzie możliwe zbawienie i pójście do raju. Dziesięcina to 10% ‚podatek’ od dochodów, którą wyznawcy płacą na kościół ewangelicki. Oczywiście nie dajemy się uwieść zapewnieniom o jedynej slusznej religii i nadal jesteśmy przykładnymi Polakami katolikami. Dziewczyny odchodzą niepocieszone.

Mural z ostatniej wieczerzy

Mural z ostatniej wieczerzy

Drugiego dnia żegnamy się także z naszym kapitanem i jego rodziną. Wcześniej jeszcze pomagamy cały dzień na łodzi, która przechodzi generalne czyszczenie po dwutygodniowym rejsie. Przed wyruszeniem w podróż po Ameryce Południowej robimy sobie generalne pranie z plecakami włącznie, które powoli zaczęły trącić grzybem. Żegnamy się z naszą francuską rodziną, z którą spędziliśmy niezapomniane 2 miesiące na łodzi. Jesteśmy im totalnie wdzięczni za wszystko: począwszy od pomocy w spełnieniu naszych marzeń, przez pyszne obiadki, po nauke żeglugi i wiele innych rzeczy, których nie sposób pamiętać. Ruszamy odkrywać Brazylię!

Kilkunastokilometrowy spacerek. Jeden z wielu podczas tej podróży.

Kilkunastokilometrowy spacerek. Jeden z wielu podczas tej podróży.

Brazylię, o której nie wiemy praktycznie nic, poza tym, że jest niebezpieczna, a Salwador to najbardziej czarne z jej miast i zarazem pierwsza stolica tego kraju. Panuje tu chaos i brak jakiejkowiek organizacji. Przykładem może być komunikacja miejska. Tu nie istnieje coś takiego, jak rozkład jazdy. Po prostu stajesz na przystanku i czekasz, aż przyjedzie Twój autobus. Może to być minuta, może to być 20 minut, a czasami nawet i godzina. U Brazylijczyków niepunktualność to coś całkowicie normalnego. Jeśli jesteście tu zaproszeni na imprezę na godzine 18, niech Wam nie przyjdzie do głowy być punktualnie! Przybycie na 18 to spore faux pas i nawet gospodarz będzie mocno zaskoczony. W dobrym tonie jest przyjść po 19. Bycie po czasie weszło na tyle w krew Brazylijczykom, że ostatnio coraz bardziej modne stało się spóźnianie na swój własny ślub przez pannę młodą. Doszło już nawet do tego, że potrafiły się one spóźniać nawet o godzinę! Panna młoda przez cały ten czas siedziała w samochodzie pod kościołem, a oczekiwanie na nią miało uświadomić gości, jak bardzo jest ona tego dnia ważna. Było to sporym problemem dla księży, których jest tu niewielu i dziennie muszą dać kilka takich sakramentów. Z powodu braku czasu odbywa się tu jedynie ceremonia, bez mszy i komunii, na którą nie ma czasu. Komunię przyjmuje jedynie młoda para. Księża, aby rozwiązać problem, wpadli na pomysł, że jeżeli panna młoda spóźnia sie więcej niż 10 minut to, ślub odbędzie się tylko jeśli zapłaci 1000 reali (1000zł). W przeciwnym wypadku może o nim zapomnieć. Witajcie w Brazylii 😉

Jedna z wielu faveli w Salvadorze. Wbijamy!

Jedna z wielu faveli w Salvadorze. Wbijamy!

Jeśli chodzi o sam Salvador, jest tu co podziwiać. Symbolem miasta jest ogromna winda, która łączy dolną część miasta z pozostałą. Koszt przejazdu to 15 groszy, jednak można też wybrać się spacerkiem po niezbyt bezpiecznej dzielnicy i dojść na samą górę. Rozciąga się stąd piękny widok na całą zatokę, zatem jest to idealne miejsce do odpoczynku przed dalszym zwiedzaniem. Trafiamy tu akurat w grudniu, więc na środku placu stoi duża choinka, a całe miasto jest przystrojone świątecznymi ozdobami. Mocno to koliduje z temperaturą, która nie spada poniżej 30 stopni. Stąd udajemy się do centrum miasta, które znajduje się na liście światowego dziedzictwa Unesco. Jest ładnie i czysto. Robimy sobie zdjęcia pod domem Michaela Jacksona i podziwiamy trening capoeiry, której Salvador jest stolicą. Podobno okolice centrum nie należą do najbezpieczniejszych, jednak nie spotyka nas tu nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób stanowić dla nas zagrożenie. Salvador to także cała masa przepysznego jedzenia! To co KONIECZNIE trzeba tutaj spróbować, to tradycyjne dla całego stanu Bahia acaraje. Jest to smażony pieróg nadziewany kremem, z owocami morza, na życzenie podawany na ostro! Kosztujemy też smażonych bananów z zapiekanym serem, które przyrządza nam na śniadanie nasz pierwszy host Thiago. Zabiera nas też na sok z kokosa, na którego punkcie Brazylijczycy maja bzika. Kokosy są do kupienia wszędzie. Najlepiej jednak wybrać te mocno zmrożone. Na miejscu sprzedawca ciosa je maczetą, aby zrobić niewielki otwór, do którego wsadza się słomkę, przez którą można kosztować tego orzeźwiającego napoju. W owocu jest około pół litra słodkiej wody, jednak da się tym porządnie najeść! Na życzenie sprzedawca po wypiciu rozkrawa owoc na pół, aby umożliwić wyskrobanie miąższu, który smakuje dość specyficznie. Wszystko w Salvadorze jest śmiesznie tanie w porównaniu do reszty Brazylii, więc na owocach nie ma co oszczędzać. Przepyszne są także banany i mango, ktore jemy jak jabłko i później przez godzinę walczymy z wygrzebaniem włosków z owoca, które powłaziły w nasze uzębienie.

Smażone banany z serem!

Smażone banany z serem!

Nocne życie odbywa się na placu przy latarni morskiej. Jest to miejsce zbiórki młodych ludzi, którzy jeżdżą na rolkach, wrotkach, rowerach i innych cudach z pobliskiej wypożyczalni. Wzdłuż morza rozciąga się promenada z masą knajpek, w których można napić sie piwa, albo skosztować acai, na których punkcie Brazylijczycy mają prawdziwego fioła. Są to czarne owoce (podobne do jagód) prosto z Amazonii, podawane w formie lodów z dodatkiem truskawek i bananów lub musli. Warto przyjść na promenadę nieco wcześniej, tuż przed zachodem słońca, aby razem z mieszkańcami podziwiać ten piękny widok. Nas zabiera tu Sheila, nasza druga hostka z couchsurfingu, u której spędzamy dwie noce. Piątego dnia pobytu cały Salwador mamy w małym paluszku i postanawiamy ruszyć dalej przed siebie. Sheila z samego rana zawozi nas na wylotówkę i wysadza na stacji w kierunku miejscowosci Fereira de Santana. Tam próbujemy łapać pierwszy autostop w Ameryce Południowej.

W drodze na zachód słońca :)

W drodze na zachód słońca.

[O pierwszym autostopie w Ameryce Południowej, pomyleniu miejscowości, jeździe w 5 osób w jednym tirze, podróży do Rio i trupie na chodniku przeczytacie jeszcze dzisiaj!]