Widok na Rio de Janeiro

Rio de Janeiro (1) – Miasto Boga

Strzelaniny, pościgi, favele, pomnik Chrystusa Odkupiciela, Copacabana, Ipanema. Wszystko to przychodzi do głowy przeciętnemu europejczykowi na myśl o Rio de Jeneiro. Brazylijczycy, spotykani po drodze na hasło Rio reagują jednym słowem: PERIGOZO! (niebezpiecznie!). Postanawiamy to sprawdzić. Wjeżdżamy do Miasta Boga.

Przez całą podróż do Rio mam dziwne wrażenie, że miasto to na pewno przypadnie mi do gustu. Wysiadamy w okolicach dworca głównego na downtownie. Jest tłoczno i duszno, panuje tu nieopisany hałas, każdy próbuje sprzedać coś na ulicy. Nawet nie myślimy wyciągać portfela, by coś kupić. Czym prędzej odchodzimy kawałek dalej. Tuż za rogiem pędzi na sygnale karetka pogotowia. Nie zwracamy uwagi. Kilka metrów dalej widzimy policjantów z karabinami. Przechodzimy obok. Na chodniku leży martwy człowiek…

Ruszamy dalej, aby jak najszybciej znaleźć darmowy internet, by móc ogarnąć jakiś nocleg. Łapiemy hotspot’a, jednak wszystkie nasze zapytania zostają odrzucone. Jest kilka dni przed świętami i większość ludzi wyjeżdża do swoich rodzin. Pytamy spacerującej pary, gdzie tu można bezpiecznie przespać się w namiocie. Odpowiadają śmiechem i radzą nam, żebyśmy lepiej zmywali się z downtownu, bo o tej porze to miejsce nie należy do najbezpieczniejszych. Szczególnie z takimi plecakami. Zaczyna się ściemniać, a my jesteśmy po środku Rio de Janeiro i nie mamy gdzie spać. Zastanawiamy się: ‚w co myśmy się właśnie wpakowali?!’.

Od pary turystów dostajemy mapę miasta. Zauważamy, że znajdujemy się kilka kilometrów od lotniska, więc postanawiamy udać się tam by bezpiecznie spędzić noc. Pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę, no bo gdzie w dzisiejszych czasach może być bezpieczniej niż na lotnisku. Około 2:30 nad ranem pisze do nas couchsurfer o imieniu Glauber, że jeśli chcemy, może nas bez problemy ugościć przez 3 noce, bo później wyjeżdża do Porto Allegre. Zgadzamy się bez wahania! O 7 opuszczamy lotnisko i udajemy się do naszego hosta.

Poranek w Rio de Janeiro

Poranek w Rio de Janeiro

Dzień w Rio zaczyna się bardzo leniwie, panuje przyjemna temperatura, na niebie pojawiają się pierwsze samoloty, a wschodzące słońce budzi bezdomnych śpiących w pobliskim parku dając im do zrozumienia, że pora wstawać i zacząć nowy dzień. Po kilkudziesięciu minutach spaceru lądujemy we Flamengo pod wskazanym adresem. Wejście do każdej klatki schodowej jest tu ogrodzone wysoką kratą a dostępu pilnuje ochroniarz-recepcjonista. Dostajemy się do środka i pukamy do drzwi naszego gospodarza. Jest nim Glauber, dziennikarz pracujący dla rządu. Właśnie wychodzi do pracy ale na szybko przygotowywuje dla nas wszystkich śniadanie. Wspólnie spożywany posiłek i dostajemy własną parę kluczy do mieszkania. Tak. Dokładnie. To nie pomyłka. Po 20 minutach znajomości właściciel zostawia nas samych w swoim mieszkaniu i daje do niego klucze. Tak właśnie działa couchsurfing. Zaufanie to jego najważniejsza składowa. Po ciężkiej nocy na lotnisku odsypiamy kilka godzin i ruszamy na zwiedzanie miasta.

Ulica palmowa.

Ulica palmowa.

Na pierwszy ogień idzie Urca, a dokładniej szczyt góry koło Pao de Acucar. Na samo PdA wjechać można tylko kolejką, więc musimy zadowolić się niższym szczytem. Mamy do przejścia nie lada kawałek więc kierujemy się w stronę Capacabany i po niecałej godzinie marszu jesteśmy pod górą, na którą chcemy się wdrapać. Kupuję acaje, lody z amazońskich ‚jagód’ by czuć się jak nowo narodzony i zaczynamy naszą wspinaczkę na sam szczyt. Mijamy po drodze jaszczurki giganty, a nad głowami skaczą nam małpy. Łatwo nie jest, jednak masa drzew rzucająca dzień ułatwia znacznie zadanie. Dostajemy się na sam szczyt, z którego rozpozciera się przepiękny widok na miasto. Ciężko nam oderwać wzrok, a przecież to tylko przedsmak tego co ujrzymy wchodząc na Corcovado. Zejście z góry jest dużo łatwiejsze, jednak wiąże się z nim pewna nieprzyjemna rzecz. W moich sandałach od chińczyka za 5.50 euro po 4 miesiącach użytkowania pojawia się dziura na wylot, zatem dni tego obuwia są już policzone. Wracamy do mieszkania, skąd nasz host zabiera nas na piwo na pobliski skwer – miejsce spotkań młodych ludzi. Są tańce, śpiewy, a także cachaca z miodem sprzedawana po kryjomu przez młodą dziewczynę. Po kryjomu, bo nawet tutaj, żeby handlować na ulicy trzeba mieć specjalne pozwolenie. Czysty idiotyzm!

Widok ze szczytu

Widok ze szczytu

Drugi dzień pobytu w Rio to wędrówka (a momentami nawet wspinaczka) na Corcovado pod legendarny pomnik Chrystusa Króla. Do wyboru są trzy opcje: można tam wjechać kolejką, autobusem, lub wejść na piechotę. Decydujemy się ozcywiście na najtańszą z możliwych opcji. Google Maps pokazuje, że mamy do przejścia 10 km na szczyt. Nieźle, zważając na to, że zaczynamy o godzinie 13:00 w największy upał. Po drodze zatrzymujemy się na mieście, żeby zjeść śniadanie. Kupujemy w przydrożnej knajpie bułkę nadziewaną pociachanym kurczakiem na ciepło ze świezym sokiem z maracuji. Wyobraźcie sobie, że takie śniadanko to koszt jedynie 4.50 zł. Zamiast maracuji mozna wybrać Colę, wtedy wychodzi 70 gr drożej i najbardziej przykre jest to, że 70% Brazylijczyków wybiera właśnie to drugie. Wytłumaczę Wam dlaczego.

W przeciwieństwie do USA, McDonald’s jest tutaj bardzo drogi. Ludzie traktują wypad do Mac’a, bardziej jak święto lub chęć pokazania swojej pozycji. Większości brazylijczyków nie stać, żeby płacić wysokie ceny za śmieciowe jedzenie, więc jeśli chcesz zaprosić swoją dziewczynę na randkę i nie masz pomysłu w jakie miejsce wyskoczyć, zaproszenie do McDonald’sa będzie strzałem w dziesiątkę. To nie żart! Dziewczyna naprawdę będzie zachwycona! Spróbujcie tego w Polsce 😉

Śniadanko :)

Śniadanko 🙂

Wracając do wędrówki. Corcovado atakujemy od strony parku Lage i po przejściu jednego kilometra droga zaczyna robić się coraz bardziej pionowa. Leje się z nas jak z hydrantu, a na domiar złego kupilismy sobie na dwóch tylko jedną butelkę wody. Stanowczo za mało! Następny kilometr to najcięższe tysiąc metrów jakie w życiu zrobiliśmy. Przecinamy w końcu tory i wkrótce znajdujemy się na krętej asfaltowej drodze prowadzącej prostu pod pomnik Chrystusa. Płacimy za wejście 43 zł i wraz z całą masą turystów podziwiamy ten najpopularniejszy symbol miasta. Choć pomnik Jezusa Odkupiciela, do niedawna największy na świecie, może robić wielkie wrażenie i faktycznie tak jest, bo każdy wykorzystuje nawet najmniejszy skrawek wolnej przestrzeni by zrobić selfie na tle Odkupiciela, to rzecz, która naprawdę powala na kolana to krajobraz Rio, który można zobaczyć z tego miejsca. Nie da się tego opisać za pomocą słów, nie wyrażają tego także zdjęcia. Po prostu to trzeba zobaczyć! Najpiękniejsze miasto świata. Koniec kropka.

Panorama Rio de Janeiro

Panorama Rio de Janeiro

Do mieszkania wracamy około 21. Kupujemy trochę alkoholu bo czeka nas dzisiaj integracja. Do naszego hosta dołącza Ola, której załatwiliśmy nocleg u naszego hosta. Ola to dziewczyna z Polski, która samotnie robi autostopową wyprawę po Ameryce Południowej, Środkowej i Północnej. Hardkorowo. W mieszkaniu jest jeszcze dziewczyna z Kolumbii, więc mamy dziś lekko międzynarodowe towarzystwo zdominowane przez Polską reprezentację. Uczymy się tańczyć brazylijskiej samby i kolumbijskiej salsy, niestety z mizernym skutkiem. W końcu przychodzi czas, w którym goście domagają się zaprezentowania tradycyjnego polskiego tańca. Zamurowało nas i nie wiemy co puścić. Popełniamy najgorszy z możliwych błędów i puszczamy… Kaczuchy, do których zaczynamy tańczyć. Polska zostaje ośmieszona. Szybko okazuje się jednak, że w Brazylii też znają ten taniec. Żeby nadrobić wtopę pokazujemy naszemu gospodarzowi i kolumbijskiej koleżance muzykę góralską, aż w końcu nachodzi nas olśnienie. Przypominamy sobie o Polonezie! Znajdujemy ten dostojny taniec YouTube i udaje nam się choć trochę wybrnąć z kryzysowej sytuacji.

Mała popijawa u Glaubera

Mała popijawa u Glaubera

Kolejny dzień to ambitny plan przejścia całej Copacabany i dojscia aż na Ipanemę, by wdrapać sie na skały i razem z setkami innych osób podziwiać ten najpiękniejszy zachód słońca w Brazylii. Udajemy się więc najpierw na Copacabanę – najpopularniejszą plażę świata. Przed wejściem kupujemy zimny sok z kokosa i czym prędzej wskakujemy do wody. Fale są tak duże, że poniewierają naszymi ciałami jak chcą. Ola po jednym taki uderzenie dostaje skurczu w łydce i zaczyna wciągać ją morze, więc czym prędzej podaję jej rękę i ratuję dziewczynie życie 😀 Sama plaża nie robi specjalnie dużego wrażenia. Szwęda się tu sporo osób, próbując sprzedać co tylko się da: lody, okulary, a nawet kije do robienia selfie (tzn. selfiesticki). Zbijam też piątkę z brazylijskim dilerem narkotyków. Jak widać ta plaża jest jak bazar. Można tu kupić naprawdę wszystko 🙂

Copacabana. Szału nie ma.

Copacabana. Szału nie ma.

Na Copacabanie tracimy trochę poczucie czasu, zatem jak tylko orientujemy się, która jest godzina pędzimy ile sił w nogach na Ipanemę, zatrzymując się jedynie na krótką chwilę przy muralach ze znanymi piłkarzami. Ola jest wielka fanką piłki nożnej i nie może przepuścić okazji, aby nie zrobić sobie tu kilku fotek. Tuż przed samym zachodem słońca docieramy na plażę i wspólnie z innymi podziwiamy to przepiękne zjawisko. Robimy masę zdjęć, podobnie jak każdy, który jest tu pierwszy raz. Zachód słońca jest tu tak piękny, że gdy tylko się kończy, wszyscy zgromadzeni (a jest ich kilkaset osób) zaczynają bić brawo. Polacy śmieją się ze swoich rodaków bijących brawo pilotom samolotów po wylądowaniu (choć robimy to nie tylko my, podobnie jak nie tylko ludzie nad Wisłą ubierają skarpety do sandałów), zatem co powiecie na to, że Brazylijczycy biją brawo słońcu, które właśnie zaszło? 😉

Zachód słońca nad Ipanemą

Zachód słońca nad Ipanemą

Standardowo po ciężkim dniu zwiedzania organizujemy małą imprezkę u naszego gospodarza. Okazuje się on być jednym z najsympatyczniejszych hostów u jakiego mieliśmy okazję nocować. Niestety wszystko co dobre szybko sie kończy. Następnego dnia z samego rana Glauber jedzie do swojej rodziny w Porto Alegre, więc żegnamy się z nim i dziękujemy za okazaną gościnę i pomoc. Ponownie ladujemy na ulicy w Rio. Za kilka godzin wigilia Bożego Narodzenia, a my nawet nie mamy miejsca, w którym moglibyśmy się przespać i po ludzku spędzić te święta…

Żegnamy się z Glauberem.

Żegnamy się z Glauberem.

c.d.n.

[O świętach Bożego Narodzenia w Rio i o pewnym niesamowitym spotkaniu po drugiej stronie Atlantyku lada dzień na naszym blogu, jak tylko złapię wenę i kilka godzin wolnego czasu ;)]