Nowa Kaledonia – kraina skrajności

Nowa Kaledonia to państwo skrajności. Piękne widoki i cudo natury miesza się z krajobrazami zniszczenia. Zróżnicowana populacja jest równie ciekawa, wzbudzając jednocześnie wiele kontrowersji, ale zacznijmy od początku…

Nowa Kaledonia

Nowa Kaledonia to fragment kontynentu, który odłączył się kolejno od Australii 85 mln lat temu i od Nowej Zelandii 65 mln lat temu. Przez tak długi okres czasu oddalił się aż o 1500 km. Dzięki tak odizolowanemu środowisku życie tutaj toczyło się swoim tempem i sprawiło, że w dzisiejszych czasach około 75% roślin należy do gatunków endemicznych, a pierwsze nietypowe drzewa jakie zauważamy to charakterystyczne iglaki, które wybijają się trzykrotnie ponad palmy.

Po krótkim postoju przy jednej z wysp na obrzeżach archipelagu (gdzie widzimy te drzewa, ale nie mamy możliwości zejścia na ląd) przemierzamy przez największą lagunę na świecie, czyli 50 mil po płytkiej wodzie otoczonej rafą koralową. Jest tam możliwość podziwiania podwodnej fauny i flory, jednak my płyniemy prosto do mariny i takiej okazji nie otrzymujemy.

Krótka historia

W marinie witają nas znajomi kapitana. Oddajemy paszporty i prosimy o pieczątki, ponieważ w standardzie nie dają ich mieszkańcom krajów należących do Unii Europejskiej. Jest to kolonia francuska, co zmusza nas do męczenia się z językiem „merci” przez cały pobyt. Historia tego kraju zaczyna się jednak dużo wcześniej, gdy już w 1500 r p.n.e. zawitali tutaj Melanezyjczycy, by w XI wieku wymieszać się z przybyłymi Polinezyjczykami. Swoja nazwę, ten kraj zawdzięcza Jamesowi Cookowi, który jako pierwszy z Europejczyków odkrył ten ląd. Główna wyspa (trzecia największa na Pacyfiku) – Tierra Grande skojarzyła mu się z Kaledonią znajdującą się w Szkocji. Niemal 100 lat później była już pod francuską jurysdykcją. Kanacy (rdzenni mieszkańcy Nowej Kaledonii) buntowali się jednak wielokrotnie o swoją niepodległość. Ostatni bunt nastąpił w 1998 roku po którym uzyskali status terytorium zamorskiego i obietnice referendum. Francuzi nakręcili o tym wydarzeniu nawet pełnometrażowy film „rebelion”. Głosowanie odbędzie się już po koniec roku 2018 i jestem pewny że pojawi się w tym czasie wiele kontrowersji. Jest sporo plusów i minusów bycia kolonią, a głosy są podzielone niemal po równo. Populacja dzieli się mniej więcej po 50% między Kanakami i „białymi” (oczywiście Chińczycy i inni Azjaci też stanowią znaczące mniejszości). Całość to 300 tys. mieszkańców z czego 1/3 mieszka w stolicy, 1/3 w pozostałych miastach Tierry Grande, a reszta na satelitarnych wyspach. Wróćmy jednak na chwilę do nas.

Jachtostop

Do Nowej Kaledonii wpływamy z planem krótkiego zwiedzania i jak najszybszym złapaniu jachtu do Australii. W biurze mariny naszym oczom ukazuje się 14 ogłoszeń innych jachtostopowiczy, co zmazuje na chwilę nasze uśmiechy z twarzy. Szczęśliwym trafem dowiadujemy się o wydarzeniu „go west”, w którym 36 jachtów w tym samym czasie, wypływa w rejs naszą wymarzoną trasą. Podczas gdy my drukujemy nasze ogłoszenie, koleżanka Klaudia oznacza nas na facebook’u w poście, w którym jest zapotrzebowanie na załogę w takim właśnie rejsie. Jest to złoty strzał, ponieważ po godzinie już rozmawiamy z naszym przyszłym kapitanem. Daje nam on tydzień czasu do następnego spotkania, więc wszystko układa się idealnie! Mamy czas na zwiedzenie wyspy z myślą, że jachtostop jest już złapany. To jest szczęśliwy dzień, a spakowane już plecaki wrzucamy na ramiona, wyciągamy kciuka i ruszamy na wycieczkę dookoła wyspy!

Wyruszamy.

A droga długa jest…

…ale piekna.

Tylko czasem trzeba iść na piechotę.

Austostop

Na wylotówce nie czekamy długo, a zatrzymuje się nam Kaledończyk, który przez 7 lat podróżował po Ameryce Południowej. Szybko znajdujemy wspólny język, ale nie na długo, bo zatrzymujemy się w pobliskim Carrefurze, by zrobić zapasy przed wyprawą. Czekam na Termometra, który poszedł szukać golarki, a w tym czasie poznaję dwie ładne mormonki. Rozmawia się fajnie, a całe spotkanie kończy się śpiewaniem psalmu wychwalającego Pana , który niewiasty wykrzykują dla nas przed głównym wejściem do największego sklepu w kraju. Mamy z tego niezły ubaw, ale nie na długo, gdyż tę noc spędzamy za budynkiem w okolicy. Wygody kajuty i mieszkania na jachcie przez ponad 6 miesięcy właśnie się skończyły. Wracając jednak do samego autostopu to muszę powiedzieć, że jest on tak samo łatwy i przyjemny jak na całym Pacyfiku. Ten rejon świata jest pod tym względem niesamowity, a większość kierowców podwiezie Cię dalej niż sami jadą, by Ci tylko pomóc i ułatwić złapanie następnego. Pomimo wyjątkowych wypadków, o których można usłyszeć w telewizji (szalona autostopowiczka zabiła kierowcę itp.) to nikt się tutaj nie boi zabrać przydrożnego kontemplowicza. Zatrzymują się nawet samotne kobiety, lub kobiety z małym dzieckiem w foteliku. Dzieci wcale nie są gorsze i pomimo, że nie nauczyły się jeszcze prowadzić i mówić, to witają autostopowicza wielkim uśmiechem. Przejeżdżamy wyspę dookoła bez żadnych problemów, a łapiąc stopa nieraz też zostajemy zaproszeni do domu na nocleg i poczęstunek. W tym miejscu spełniam także swoje autostopowe marzenie, czyli stop na łyżce od koparki. Kierowca zabierając nas cieszy się niemal tak jak my. Trzymając się tematu skrajności to muszę wspomnieć, że pierwszy raz od początku wyprawy odmawiamy tutaj podwózki… i to dwukrotnie. Spowodowane jest to stanem kierowców, którzy nie rzadko jeżdżą po sporej dawce alkoholu.

Zwykle podwózkę znajduje się bardzo szybko…

…przeważnie z miłym towarzystwem…

…a czasem może przekroczyć oczekiwania.

Nie zatrzyma się jednak samochód, którego nie ma.

Krajobraz

Pierwszym punktem dla którego się tutaj przyjeżdża to natura. Różnorodność gatunków endemicznych można łatwo zauważyć głównie wśród roślinności. Pod tym względem to miejsce może być uznawane rajem. My niestety przybywamy w porze suchej, a według lokalnych ludzi najsuchszej od 50 lat. Wierząc im to w niektórych miejscach wyspy nie spadła kropla wody już od 4-6 miesięcy. Takie warunki sprzyjają pożarom, których tutaj nie brakuje. Ogień lub dym można zobaczyć daleko w górach, lub zaraz przy drodze, a zapach spalenizny doświadczyć niemal na całej wyspie. Dodatkowym smutnym punktem krajobrazu są liczne kopalnie niklu, który jest wydobywany odkrywkowo. Niektóre góry wyglądają jak ucięte, ale trzeba pamiętać, że jest to główne źródło dochodu Nowej Kaledonii. Zanieczyszczenie przez nie wywołane jest jednak na tyle wysokie, że na niektórych odcinkach dróg pozostawione są znaki, które nakazują zamknięcie szyb w samochodzie, gdyż stężenie niklu i azbestu w powietrzu jest niebezpieczne dla zdrowia. Trzeba też pamiętać, że dla lepszego życia człowieka, poświęciło swoje istnienie wiele gatunków zwierząt i roślin. Zanieczyszczona woda zabija ryby, a sam pył wiele zieleni. W niewielkiej części Tierry Grande jednak ciągle są opady, a widoki upiększają tam m.in. piękne wodospady. Pod tym względem jest to miejsce bardzo skrajne.

Trochę spalenizny, trochę zieleni, czyli typowy widok w kraju.

Krajobraz ubogacony przez przemysł.

Częsty widok – spadło auto, niech leży.

Znajdą się też miejsca bardziej zielone.

Malunki na skalach opowiadające jakąś wielką historię, której już nie pamiętam.

Ludzie

W tym małym kraju jest aż 27 różnych języków podzielonych na 8 różnych grup + oficjalny język francuski. Niektóre języki są dość podobne i mogą być uznawane za dialekty, ale w większości są na tyle zróżnicowane, ze komunikacja jest po prostu niemożliwa. Kanacy stanowiący niemal 50% populacji i są większością w małych miasteczkach, oraz wioskach zajmujących wyspę (nie licząc stolicy Numei). Można dostrzec też wiele różnic w ich zachowaniu. W miejscowości Canala czuliśmy się bardzo niebezpiecznie. Ludzie chodzili pijani po ulicy i wydawali się być negatywnie nastawieni do naszej obecności. W tamtym miejscu też mieliśmy sytuację, ze nasz kierowca zatrzymał się, by spytać o drogę, a lokalsi wrzucili mu przez okno spory kawał marihuany, za który był potem zmuszony zapłacić. „Wielkiego gibona” w ustach miał co drugi mieszkaniec. Wszędzie indziej poza tym dystryktem czuliśmy się dużo lepiej, a ludzie chętnie zapraszali nas do siebie do domu. Skorzystaliśmy dwa razy z takiej możliwości i ani przez chwilę nie żałowaliśmy, a wychodząc dostawaliśmy jeszcze prezenty na odchodne (flaga państwa, mała ręcznie rzeźbiona pamiątka, zdjęcie itp.). Najlepszym prezentem była jednak ręcznie malowana, przez 9 letnią dziewczynkę, mapa Nowej Kaledonii. Nie mieliśmy innej i używaliśmy jej później pokazując kierowcom, gdzie chcemy jechać. Zaufanie tutaj bije wszelkie rekordy, bo wyobraźcie sobie sytuacje, w której kobieta z dzieckiem zatrzymuje się dwóm obcym mężczyznom po zmroku i po 5 minutach zaprasza do siebie do domu. W drugiej sytuacji natomiast po krótkiej przejażdżce i kubku kavy w drodze, zostajemy zawiezieni i zostawieni sami sobie w ich rodzinnym domu. „Tu jest kawa, tam cukier, tam prysznic. Róbcie co chcecie, czujcie się jak u siebie. My wracamy za 2 godziny”.

Rodzinka, która nas ugościła.

Flagą kanacką.

Reszta mieszkańców, którzy w większości emigrowali tu z Europy także jest bardzo miła i nie kryje zaufania. Na pierwszy rzut oka nie widać między tymi nacjami żadnych napięć, ale jednak one istnieją. Jest duża różnica w sposobie myślenia między nimi. Biali mają dużo więcej ambicji, zwracają większą uwagę na przyszłość, podczas gdy Kanacy żyją chwilą. Sprawia to, że prawnicy, lekarze, biznesmeni to ludzie z emigracji, pomimo równych standardów dotyczących wszystkich mieszkańców. Daje to wiele do myślenia jeśli weźmie się możliwość separacji Nowej Kaledonii już wkrótce.

Ceny

Nowa Kaledonia jest chyba najdroższym krajem jaki do tej pory odwiedziłem. Dla przykładu za pizzę w restauracji płaci się niemal 50$, a za dwa plasterki szynki niskiej jakości 3$. Są też produkty w miarę rozsądnej cenie: mleko 1$, bagietka 1$, parówki 1,5$, które stanowią naszą główną dietę. W parze z cenami idą wynagrodzenia. Płaca minimalna tutaj to 2000$, a pensja znajomego nauczyciela matematyki wynosi 6000$ za miesiąc pracy. Byłoby to idealne miejsce do zatrzymania się i podreperowania budżetu, ale przeszkodą staje się język i nie mówię tu o dialektach kanackich, ale o naszym braku umiejętności w posługiwaniu się francuskim.

Trochę diesla i można cisnąć na Australie. STRAJA MEJT!

Przed nami 5 dni żeglugi. Czas zakończyć przygodę na Pacyfiku i udać się na kontynent, gdyż na żadnym nie byliśmy już od kilku dobrych miesięcy. Na brzegu mamy świtę powitalną niebieskich z psem, ale o tym w następnym poście.