Markizy, część II

Jest pierwsza w nocy, kapitan wchodzi do mojej kajuty – czas wstawać! Jest ciemno, ale ciepło. Tu zawsze jest ciepło, w końcu jestem w tropikach. Przecieram oczy i wychodzę na zewnątrz. Jestem zaspany…  Jeszcze 4 godziny temu mieszaliśmy tequilę z domowej roboty gruszkówką. Z ciężkim sercem przyjmuję polecenia i idę na dziób. Wciągamy kotwicę i ruszamy dalej!

Na kolejną wyspę położoną na archipelagu Markiz wyruszamy w środku nocy. Zaraz po opuszczeniu zatoki kładę się jednak spać, a kapitan, który miał obudzić mnie na wachtę, zdecydował się zostać za sterem całą noc. Budzę się rano, jesteśmy niemal u celu. Śniadanie już na mnie czeka, ale jest to dopiero dobry początek tego cudownego dnia. Ledwo odkładam łyżkę, a wędka zaczyna „wesoło” terkotać. Mamy nasz nowy rekord – ponad metrowa królewska makrela, którą spożywamy później na wiele sposobów. Moimi faworytami pozostaną jednak ceviche i sushi w sosie sojowym zmieszanym z wasabi. Wielkie uznania dla Gieni, która to dla nas przyrządziła!

Ślinka mi cieknie na samą myśl.

Dzięki Gienia!

Tahuata

Tahuata jest wyspą na której zatrzymaliśmy się, bo była po drodze. Początkowo mieliśmy zostać tylko jeden dzień, zakotwiczyć, zejść na ląd i popłynąć dalej. Nawet w tak mało popularnym miejscu natrafiamy na „tłok” – 5 innych zakotwiczonych jachtów. Zatoka jest ładna, a wioska przy niej położona liczy sobie zaledwie 120 mieszkańców. Nie mam nawet pojęcia, jak nazywała się ta mała miejscowość, ale o ile widok na Fatu Hivie zapierał dech w piersiach, to rzut oka z tej wioski nie pozwalał oddychać. Jeszcze większego uroku dodaje tutaj klimat. W powietrzu aż czuć rozchodzący się „chill out”. Ludzie, których napotykamy są bardzo życzliwi, uśmiechają się i chętnie z nami rozmawiają. Niektórzy siedzą na ławeczkach, a inni grają w bule przy muzyce Boba Marleya, która idealnie tutaj pasuje. My nawet dołączamy na chwilę do dzieci, które „haratają w gałę”. Spacer nasz kończy się niewielkim wodospadem, a sama ścieżka na niego prowadząca jest niesamowicie kolorowa. Przy drodze leży pełno mango i kokosów, których jest tak dużo, że można je tutaj uznawać za śmieci. Zbieramy tylko te pierwsze owoce, bo tych drugich nadmiar już zawadza nam na jachcie.

Ludzie tutaj są przesympatyczni.

Dobrze się na chwilę zatrzymać i posiedzieć…

…albo poleżeć.

Zwłaszcza w takiej okolicy.

Te dzieciaki ograły nas w piłkę.

Z takiego raju nie można zrezygnować już po pierwszym dniu. Nawet poranne wstawanie jest dużo łatwiejsze z myślą o dalszym zwiedzaniu. Drugiego dnia przychodzi czas na świat podwodny. Bierzemy maski, rurki do snorkelingu, płetwy i wskakujemy do wody. Jest ładnie – lita skała spada stromo do wody, a ryby mienią się przy niej kolorowo. Najbardziej podobają mi się czarno żółte, wyglądające jak akwariowe rybki, a także takie bardzo malutkie i super niebieskie pływające tuż przy dnie. John (kapitan), wziął ze sobą także harpun do polowania. Nic jednak nie udaje się złapać, a po krótkim czasie wszyscy zaczynamy narzekać na poparzenia na całym ciele, spowodowane przez dryfujące tutaj meduzy. Ja miałem tyle szczęścia, że te zwierzęta potrafiły mi sparzyć nawet wargi. Czas zmienić miejsce.
Nie płyniemy daleko. Około 3 mile dalej znajduje się zatoka z plażą i tam kolejny raz wskakujemy do wody. Miejsce jest tak piękne, że wydaje nam się, iż jesteśmy w raju. Zakładam płetwy na nogi i siup do wody. Oglądam rybki pływające pode mną, malutkie, większe, pływające całe ławice. Leżę i podziwiam do czasu, gdy parę metrów ode mnie zauważam ogromne patrzące na mnie cztery ślepia. Pierwsza myśl? Rekiny! Serce zaczyna bić szybciej, ale przecież ludzie nie smakują rekinom i nie znajdują się w ich standardowym menu. Spoglądam jeszcze raz trochę spokojniej, ale tym razem zauważam, że to nie mogą być te żarłoczne stworzenia. Nie te uzębienie, zbyt podłużna szczęka. Przyznać jednak muszę, że z całą pewnością mogły ważyć więcej ode mnie, a na pewno konkurowałyby ze mną na długość. Przyjrzałem im się chwilę i wróciłem, mając nadzieję spotkać Johna, który z harpunem mógłby zrobić wiele pożytku z moim znaleziskiem. John jednak jest gdzieś daleko i bawi się dronem. Spotykam Termometra, który słysząc co znalazłem rusza w stronę, którą mu wskazałem. Ja jeszcze łapię w biegu kamerę i wskakuję za nim zaraz go wyprzedzając. Zaczynam szukać jeszcze raz tych dwóch ogromnych okazów, ale słyszę jakiś hałas. Wynurzam się i zerkam z powrotem. „Ratunku… Maanieeek” krzyczy Termometr. No tak… Akurat teraz musiał sobie przypomnieć, że nie umie pływać. Odwracam się i ruszam szybko w jego stronę. Zatrzymuję się przy nim i pytam: Co tam? Krzyczy, że się topi… Przyglądam się… Faktycznie, jakoś dziwnie i chaotycznie macha swymi kończynami. Widzę już na brzegu nadbiegającego Johna, który także zainteresował się zaistniałym hałasem. Jako, że Termometr dalej jakoś panicznie utrzymuję się na powierzchni, podaję mu tylko rękę, którą ściąga od razu na dół. Każę mu się trzymać i holuję do brzegu. Po całej akcji obiecuje mi on flaszkę. Żartuje że będzie tania, bo wcale wysoko swojego życia nie ceni. Wcale nie uważam, że powinien za to w jakikolwiek sposób mi się odwdzięczać, ale flaszki przecież nie odmówię, zwłaszcza, że i tak na pewno wypijemy ją razem. Termometrze – czekam! (Edit: Weszła jak złoto na Bora Bora).
Wracamy jeszcze później w to same miejsce z Gienią, Johnem i metrowym harpunem. Nic jednak nie odnajdujemy poza rafą i różnej wielkości kolorowymi rybkami. Jest ładnie, ale dodatkowego posiłku i radości z jego upolowania dzisiaj nie będzie. Trzeba się zbierać. Przed nami 80 mil żeglugi do następnej wyspy na Markizach, które w większości pokonamy nocą. Nuku Hivo – nadciągamy!

Ja już gotowy.

No to snorkelujemy 🙂

Nuku Hiva

Nuku Hiva jest największą wyspą na Markizach i zarazem drugą, co do wielkości w całej Polinezji Francuskiej. Znajduje się tutaj licząca 1900 mieszkańców stolica archipelagu – Taiohae. W zatoce oprócz nas można zobaczyć całą flotę innych jachtów. Spotykamy tam też naszą koleżankę z Francji – Emmanuel, którą poznaliśmy będąc w Panamie. Jest ona tak jak my jachtostopowiczką, ale w odróżnieniu od nas swoją podróż będzie musiała zakończyć, a przynajmniej wstrzymać na Tahiti, gdzie planuje zrobić prawo jazdy. Ze swoim paszportem jest ona tutaj u siebie, ale tyle o niej. Naszą wycieczkę po tej wyspie zaczynamy z Johnem i Gienią, którzy wynajmując samochód zapraszają nas do dołączenia się i nazywają to łatwym autostopem. W sumie podwózka trafiła nam się nie wychodząc z kajuty. Wstajemy rano i wyjeżdżamy. Początkowo towarzyszą nam spore opady deszczu i musimy zrezygnować ze spontanicznego wypadu na wodospad. Po drugiej stronie góry pogoda jednak się poprawia i możemy sobie pozwolić na godzinny trekking. Jego celem jest plaża, która jest uznawana za jedną z najładniejszych na całej Polinezji. Jak zwykle, świetnie przygotowane do marszu po błocie i kamieniach klapki nie ułatwiają mi zadania, ale i tym razem warto było się chwilę pomęczyć. Plaża jest przepiękna, a widok umilają kokosy pochylone nad oceanem. Chwila relaksu, kilka zdjęć i ujęć, picie świeżej kokosowej wody. Deszcz nadchodzi – czas wracać. Lekko wyschnięta ścieżka jest trochę łatwiejsza, ale i tak potrzebujemy godziny, by wrócić do samochodu. Jedziemy jeszcze do jednej wioski, przy której oglądamy zachodzące słońce. To, jak to światło rozchodzi się tam pomiędzy skałami jest nie do opisania. Po zachodzi słońca zwierzęta wychodzą na drogę. Dzikie konie, kozy i świnie. Widząc je przypomniałem sobie o Polinezyjczyku, którego niedawno mijaliśmy. Miał on ze sobą cztery psy, które pomagają łowcy w zapędzeniu dzikiej świni w odpowiednie miejsce, by ułatwić mu zabicie zdobyczy. Taki sposób polowania jest tutaj bardzo powszechny.

Wielka tiki patrzy na wszystkie łódki wpływające do zatoki.

Taka plaża.

Widok z góry na całą zatokę, przy której była ta plaża. Jak widać deszcz już nadchodzi. Uciekliśmy w ostatnim momencie.

Parę mil od stolicy znajduje się Dolina Królów ze ścieżką prowadzącą na najwyższy wodospad. Jest to miejsce następnej zatoki, w której robimy postój. W dolinie tej żyją obecnie tylko dwie rodziny. Dawniej było tam całkowicie inaczej. Żyli i rządzili stamtąd królowie Markiz, a populacja wynosiła 30 tys ludzi. Wiemy to od wnuczka ostatniego z królów (siódme pokolenie). Mówi on dobrze po angielsku, więc dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy np: mężczyźni jako głowy rodzin siedzą w domu i gotują, a kobiety są za to wysyłane do pracy. To była jego odpowiedź na nasze narzekanie o otyłości Polinezyjczyków. Powiedział nam też, że znajduje się tutaj gdzieś w okolicy druga dolina, która jest jeszcze ciekawsza, ale nie może nam o niej nic więcej powiedzieć, gdyż jest sekretna, na co wskazuje sama nazwa „Secret Valley”.
Sama ścieżka prowadząca do wodospadu była bajeczna. Prowadząca przez dżunglę, zmuszała nas do przekroczenia trzech dość rwących rzek, głębokich nam do pasa. Trasa zahaczała o kiedyś zamieszkałe tereny, pokazując nam ruiny dawnych budynków. Po takiej cudownej przeprawie, przy której potrafiliśmy się dwa razy zgubić, nawet sam wodospad nie zrobił na nas aż tak dużego wrażenia. Ma on 350 m wysokości, ale woda u jego podnóży jest niestety brązowa od wzburzonej ziemi, a sam wodospad w większości zasłonięty skałą. W drodze powrotnej nazbieraliśmy trochę papryczek chili, zgubiliśmy się ponownie i cieszyliśmy się kolejny raz samą przeprawą. Nie był to jeszcze koniec wrażeń tego dnia. John zaprosił nas na markiski, tradycyjny obiad.
Ściągnęliśmy i zostawiliśmy buty przed domem, gdyż taki jest tutaj zwyczaj. Zostaliśmy serdecznie przywitani, po czym zasiedliśmy do stołu, który był już suto zastawiony. Pan domu siedział i patrzył szeroko się uśmiechając, gdy jego małżonka wkładała nam za uszy białe kwiatki, bardzo charakterystyczne w markiskiej kulturze. Na stole był tuńczyk w sosie kokosowym, zielona papaja z czosnkiem i octem, kogut w jakimś sosie, ryż z kokosem, banany w panierce, a także jakieś kluski w kokosie, które nie mam pojęcia z czego były zrobione. Wszystko było tak świetnie doprawione, że nie dało się od tego oderwać, a Termometr nawet nie przestawał się uśmiechać w trakcie przeżuwania. Od stołu odchodziliśmy przejedzeni jak po Wigilii. Ten dzień utkwił u mnie w pamięci, nie tylko jako najlepszy dzień na Markizach, ale jako najprzyjemniejszy podczas całej wyprawy.

Nie ważne jak bardzo uważasz chodząc takimi ścieżkami, i tak Twoja cała twarz będzie w pajęczynie.

Jedna z rzek, które musieliśmy przejść. Niby w butach chlapie, ale komu by to przeszkadzało? 🙂

Widok na dolinę, z której przyszliśmy.

Staram się podejść jak najbliżej wodospadu.

Tutaj stołowaliśmy. 🙂

Ua Pou

Ua Pou to wyspa, która jeszcze niedawno była uznawana za najbardziej zaludnioną na Markizach. Jest także najbardziej rozwiniętym skrawkiem Ziemi w tym archipelagu, nie licząc stolicy na Nuku Hivie. W miejscu tym znajduje się największa ilością sklepów, więc dobrze jest tutaj zrobić zapasy na dalszą podróż. Ponad połowa dróg pokryta jest asfaltem, lub betonem, a można nimi przejechać niemal dookoła wyspy. Pakujemy więc plecak i wybieramy się na taką wycieczkę!

Nie zniechęceni złym nastawieniem odnośnie autostopu jednej z lokalnych, napotkanych przez nas osób, łapiemy szybko stopa i dojeżdżamy do ostatniej wioski, do której prowadzi droga. Siadamy i zastanawiamy się, po co tam w ogóle zajechaliśmy. Tak, droga była przepiękna, ale przecież takie widoki oglądamy już od dwóch tygodni. Zaciekawieni informacjami o pustynnym charakterze wyspy, o którym dowiedzieliśmy się z „Lonely Planet” stwierdzamy, że jest to najbardziej zielona pustynia, jaką kiedykolwiek widzieliśmy i na moje oko przypomina dżunglę. Przekonani o bezsensowności naszego pobytu w tej wiosce, wracamy na drogę i łapiemy podwózkę z powrotem.

Droga prowadząca przez ‚pustynne’ tereny.

Kolejne ‚pustynne’ krajobrazy.

Podsumowanie ‚pustynnego’ charakteru wyspy.

Idąc napełnić butelki wodą, dowiadujemy się od kilku chłopców o nadchodzącym meczu. Liga Markiska co prawda odbywa się co cztery lata na Hiva Oa i jest ogromnym wydarzeniem, to jednak mamy szczęście trafić na nieliche wydarzenie – derby Ua Pou (chyba jako jedyna wyspa posiada więcej niż jedną drużynę piłkarską i zdaniem miejscowych są to dwie najlepsze na archipelagu). Od chłopców słyszymy, że mecz odbędzie się pomiędzy „Saint Etienne” i „FC Barcelona”. Gruby chłopak, ledwo mieszczący się w krześle, z wielkim uśmiechem puszcza muzykę na cały „stadion”, a rodziny rozkładają się na kocach za linią boiska. Jest nawet budka z jakimś jedzeniem. Patrząc na rozgrzewających się piłkarzy już wiemy, że mecz będzie przypominał walkę na śmierć i życie, jak starcie między „Zadupiem Wielkim” a „Wypizdowem Głębokim” o pozostanie w grupie. Tak jak pasuje najwierniejszym kibicom, lecimy po browarka i chipsy. Rozsiadamy się i udajemy łowców talentów niezwyciężonych „MGHKS Bukowno” i niezłomnych „KS Pogoń Pieszyce”. Mecz po zaciekłej walce i niezapomnianych emocjach kończy się wynikiem 3:3. My nie zauważając żadnych ponadprzeciętnych przebłysków umiejętności zbieramy się, gdyż zbliża się już ku zachodowi. Z ostatnimi promieniami słonecznymi docieramy dróżką do plaży, gdzie rozbijamy namiot i zmęczeni wrażeniami zasypiamy jeszcze przed dobranocką.

Poranek.

Zawodnicy się rozgrzewają. DJ zapuszcza bita. Jest klimacik.

Następnego dnia zatrzymuje nam się bardzo wyluzowany markiski policjant, który jedzie na lotnisko, by odebrać swojego francuskiego przełożonego. Opowiada nam on jeszcze trochę o kulturze i bezpieczeństwie na Markizach. Na Ua Pou zdarzają się jakieś przestępstwa dwa razy do roku, ale jego zdaniem bardziej turystyczna Nuku Hiva już nie jest taka jak kiedyś i wykroczenia popełniane są coraz częściej ze względu na zatracającą się kulturę. Spadające kokosy natomiast z roku na rok zabijają coraz mniej ludzi, gdyż zwiększa się ostrożność mieszkańców. Od spadających owoców w ubiegłym roku zginęło na Markizach zaledwie 5 osób, ale na samym Ua Pou taki wypadek nie miał miejsca od kilku lat. Ciekawą rozmowę przerywa nam koniec drogi. Wysiadamy na 3 km od tzw. Zatoki Rekinów i resztę musimy pokonać pieszo.
„Czasem można spotkać ich 5, czasem 50… czasem nie ma ich wcale”. Takie informacje otrzymaliśmy mówiąc, że marzy nam się pływanie z rekinami. Ubieram sprzęt do snorkelingu i ruszam w poszukiwanie. Nie mam jednak szczęścia. Woda jest mało przejrzysta i nie jestem w stanie dostrzec żadnych żyjących stworzeń, lecz nie jest to wielkim zmartwieniem, gdyż nie jest to ostatnia taka okazja. Tym razem taką próbę skończyliśmy z setkami bąbli na plecach, pogryzieni przez muszki nono, ale następnym postojem będzie Tuamotu, gdzie szanse na spotkanie tych żarłocznych zwierząt są o wiele większe.

Zatoka Rekinów.

Stop działa świetnie. Zawsze znajdzie się miejsce dla jakiś stopowiczów.

Kozy, kozy wszędzie.

Krótkie podsumowanie

Odwiedziliśmy pięć, z sześciu zamieszkałych wysp na Markizach. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem jakie wywarły na nas nie tylko niepowtarzalne kształty wysp. Archipelag ten jest mało zaludniony i niezbyt często odwiedzany przez turystów. Niemal jedynymi odwiedzającymi są tutaj żeglarze, a tylko na dwóch wyspach można spotkać także wycieczkowców podróżujących na większych statkach. Z każdej otaczającej Cię strony możesz poczuć błogość, spokój i cud natury. Tropikalne owoce rosną przy drogach, a dla chętnych polowania zwierzyny także nie zabraknie. Jest to miejsce, które pozostaje w pamięci. My po dwóch i pół tygodnia intensywnego zwiedzania musimy się pożegnać z tym niesamowitym archipelagiem. Na otarcie łez pozostaje myśl, że naszym następnym celem jest największe na świecie skupisko atoli – Tuamotu!

500 mil żeglugi w sprawnym tempie i wspaniałych warunkach mija nam w niewiele ponad 3 dni, ze średnią prędkością ponad 6 węzłów, co jest całkiem dobrym osiągnięciem. Jesteśmy już przyzwyczajeni do takiej żeglugi i zachowujemy całkowity spokój, nawet przy wietrze przekraczającym 40 węzłów. Docieramy do naszego pierwszego atolu – Kauehi, ale o tym następnym razem.