Życie na Kanarach 3

Żeglowanie z Gran Canarii na Teneryfę ze względu na duże fale nie należało do najłatwiejszych. Dziewczyna kapitana i szwedzi złapali chorobę morską, wymiotując co 15minut. Ja nie czułem się najlepiej schodząc pod pokład, ale siedząc na zewnątrz nie odczuwałem żadnych negatywnych skutków bujania. Po około 24h docieramy bezpiecznie do przepięknej mariny w Garachico.

DCIM100GOPROGOPR1480.

Dopływamy do brzegu.

DCIM100GOPROGOPR1486.

Rozbijające się fale.

DCIM100GOPROGOPR1482.

Wpływamy do mariny.

W marinie zjawiamy się późnym popołudniem na dzień przed wigilią, z moim ambitnym planem zdobycia szczytu wulkanu Teide 3718m w trakcie trwania świąt bożego narodzenia. Organizujemy małą imprezkę pożegnalną ze względu na to, że kapitan zaraz po świętach wylatuje do Amsterdamu do pracy na statku greenpeace. Następnego dnia pakuję plecak, zostawiając namiot i komputer, aby mieć więcej miejsca na jedzenie oraz picie, które będę potrzebował podczas długiego marszu i wyruszam.

Jest wigilia, ja nie mam mapy… Wybieram drogę najbardziej kierującą mnie w stronę wulkanu. Po 5km trafiam do miasteczka, w którym zaczynam trochę błądzić, ale z bólem serca wydaję 3 euro na mapę, która jak się później okazuje, ma mnóstwo błędów, przez które nadrobiłem kilka kilometrów. Wyczytuję z niej, że nie będzie szlaków, od mojej strony i przez chwilę próbuję łapać stopa, żeby okrążyć wyspę i zaatakować Teidę od południa. Jednak po 15min stania z wyciągniętym kciukiem przypominam sobie o moim głównym założeniu – „całość pieszo” i wybieram drogę najbardziej kierującą mnie w stronę wulkanu. Błądząc po trochu, za każdym razem wybieram drogę do góry, robiąc tego dnia około 25km, aż do wieczora, gdzie zatrzymuję się żeby zorganizować sobie wigilijkę.

DCIM100GOPROGOPR1494.

Wigilijka w drodze. 12 potraw, tradycyjna grzybowa i tuńczyk któremu dałem na imię karp.

Zaraz po posiłku, w ciągu 15 minut temperatura spada o 15 stopni, więc chowam się z pełnym brzuchem w śpiworku i śpiewając kolędy zasypiam. Następnego dnia z rana wyruszam dalej. Po 10km decyduję się na „spacer na dzikusa” i powolutku krocząc po „wyrzygu” wulkanicznym, sprawdzając przed każdym krokiem stabilność każdego kamienia. Mając dodatkowe 15kg na plecach nie jest to zbyt łatwe, a po  jednym kamieniu który pod moim ciężarem z hukiem osunął się o kilka metrów, a ja prawie skręciłemj kostkę rezygnuję wracając do drogi przy której 5km dalej w końcu znajduję jakiś szlak.

DCIM100GOPROG0041555.

Znalazłem jakąś ścieżkę, ale nie wiem gdzie prowadzi… idę!

Szlak z czasem okazuje się może nie być moją wymarzoną prowadzącą na wulkan ścieżką, ale wiodącą przez piękne okolice Chineyro, które zwiedzam z ogromnom przyjemnością.

DCIM100GOPROGOPR1502.Przerwa na herbatkę i przemyślenie trasy.

DCIM100GOPROGOPR1513.

Teida z okolic Chineyro.

DCIM100GOPROGOPR1531.

Drzewo na szczycie jednego z pobliskich wzniesień.

DCIM100GOPROGOPR1505.

Teida z oddali.

DCIM100GOPROG0031538.

Selfik w okolicy.

W tych okolicach jeszcze raz przemyślałem plan „spaceru na dziko”, ale jednak rozsądek zwycięża, ze względu na brak przygotowania do takiej wędrówki, więc kieruję się z powrotem w stronę Garachico. Po drodze jeszcze zastaje mnie noc na około 15km od mariny, więc zatrzymuje się w okolicy zamkniętego schroniska oddalonym od łódki o 15km na sen.
Podsumowując moje święta bożego narodzenia, mogę się pochwalić 75-cio kilometrowym spacerem po pięknych terenach, który zajął mi 50h wliczając dwie noce.

DCIM100GOPROGOPR1544.

Uścielałem łóżko z suchych igieł, razem z karimatą wygodniej niż na materacu.

DCIM100GOPROG0051562.

Przerwa na uzupełnienie płynów i energii w drodze powrotnej.

Na Tupacu jest już tylko kapitanowa, z którą spędzam kolejny dzień regenerując się przed kolejną wycieczką. Tym razem pakuję już wszystkie swoje rzeczy i ruszam do polecanych przez wszystkich miejscowości Masca i Los Gigantes. Wychodzę na drogę, wystawiam kciuka i tak jak na pozostałych wyspach kanaryjskich autostop okazuje się bardzo łatwy. W mgnieniu oka zatrzymuję jedno, drugie, trzecie auto i docieram do Masci, gdzie ze spotkanym przy drodze Kubą wybieram się na godzinny spacer po kanionie.

DCIM100GOPROGOPR1614.

Na ścieżce prowadzącej w kierunku plaży.

DCIM100GOPROGOPR1619.

Spacerujemy.

DCIM100GOPROGOPR1607.

Masca – kanion.

Po tym krótkim spacerku, wracam do drogi i zatrzymuję pierwsze auto które przejeżdża obok mnie. 20km dalej drugie przejeżdżające auto jedzie do miejsca do którego zmierzam – Los Gigantes. Nie mam pojęcia co mnie tam czeka, ale sama nazwa wskazuje, że warto tam pojechać. Holenderscy turyści podwożą mnie prawie pod sam brzeg, gdzie na czarnej plaży, pod ogromnymi klifami spożywam kolację. Jest to kolejne miejsce warte zobaczenia, ale po widokach jakimi poczęstowały mnie okolice Masci, już nigdy nic nie będzie piękne. Jeszcze tego wieczoru, znajduję wielopiętrowy opuszczony budynek i podziwiam, jak słońce zachodzi za pobliską wyspą La Gomera.

DCIM100GOPROGOPR1633.

Kolacja pod Los Gigantes

DCIM100GOPROGOPR1639.

Część zesquatowanego przeze mnie budynku(zdjęcie zrobione z czwartego piętra).

DCIM100GOPROGOPR1635.

Widok z mojego squaciku.

Budzę się rano z myślą dotarcia do Santa Cruz, ale mapa pokazuje, że niewiele zbaczając z trasy, będę przejeżdżał w okolicy wulkanu… A może tym razem się uda? Może tym razem zdobędę szczyt?

Nie zastanawiając się długo wybieram trochę bardziej okrężną drogę. Niestety po drodze od turystów dostaję bardzo smutne wiadomości: „Na szczyt można wejść tylko mając pozwolenie, ze względu na tłumy, które się tam kierują i aktywność Teidy. Najbliższe wolne terminy w których można się zarejestrować będą dopiero na za trzy tygodnie”. Kolejna próba nie udana, ale droga prowadząca przez ten park narodowy, warta była nadrobienia kilkunastu kilometrów. Jeszcze tego samego dnia, dość późnym wieczorem docieram do Santa Cruz gdzie znajduję pierwsze lepsze miejsce pod palemką i padam ze zmęczenia w głęboką drzemę.

DCIM100GOPROG0021678.

Zwiedzam okolice Teidy.

DCIM100GOPROGOPR1671.

Typowe wulkaniczne rejony parku narodowego.

DCIM100GOPROGOPR1697.

Namiastka typowego dla tego rejonu „oceanu chmur”.

DCIM100GOPROGOPR1694.

Roślinka występująca tylko w tym rejonie.

Wbijam do mariny, szybko znajduję kolegów. Oni wprowadzają mnie w rutynę jaka tu panuje:
1. Drzema na plaży, złożenie namiotu.
2. Spacer do mariny (25min), prysznic, śniadanie, szukanie łódki.
3. Biblioteka, upload danych, oglądanie śmiesznych kotków.
4. Afrykański market – kosze darmowych owoców.
5. Marina – szukanie łódki.
6. Biblioteka, upload danych, oglądanie śmiesznych piesków.
7. Spacer na piekarnie – darmowe siatki pieczywa i słodyczy.
8. Spacer na plażę, drzema.
Oprócz punktu 5 i 6, które czasem zamieniają się miejscami, każdy dzień zaczyna wyglądać tak samo, aż do momentu gdy znajduję łódkę i mogę pominąć z mojego skomplikowanego planu dnia („szukanie łódki”). Wyjątkami w tych dniach okazuje się sylwester, którego spędzam w ciekawym gornie  około 30 osób na marinie (m.in. z Żulem, Tarasem i Meliną, z których imion nabijałem się pół wieczoru). Potem spacer na miasto o północy i dokończenie się na łódce do 5tej. Ale za prawdziwe umilenie i złamanie rutyny w tym miejscu chcę mocno podziękować Dziubie, wraz z jej świeżym narzeczonym i Andrzejowi, którzy odwiedzili mnie w Santa Cruz!

DCIM100GOPROGOPR1798.

Andrzej zabieram mnie motorem na wycieczkę w góry Anaga.

DCIM100GOPROGOPR1777.

Ścieżka w górach Anaga.

DCIM100GOPROGOPR1761.

Może i nie jest słonecznie, ale jest rześko i przyjemnie chłodno 🙂

DCIM100GOPROG0031747.

Z Andrzejem, na górce.

Wsiadam na dziesięcio metrową łódkę o imieniu „infinite love” wraz z dwoma facetami, decydując się tygodniową żeglugę w mocno ograniczonej przestrzeni. W następnym poście opiszę jak przebiegła moja droga do Wysp Zielonego Przylądka.