Wyspy Zielonego Przylądka 1

Po tygodniowej żegludze wpływamy do portu w Mindelo na wyspie Sao Vincente. Kapitan daje kolejny raz popis swoich możliwości przez co zacumowanie ze wszystkimi jego poprawkami zajmuje nam prawie dwie godziny, a końcowy efekt zmusza nas kilka razy dziennie do metrowego skoku keja-łódka.

Wszyscy jesteśmy zachwyceni, że w końcu opuściliśmy Europę i jesteśmy w miejscu z całkowicie odmienną kulturą. Udajemy się do urzędu migracyjnego po pieczątki i wyruszamy w miasto. Martin jako fan wszelakich słodyczy zaraz znajduje jakiś lokalne smakołyki, które smakują całkowicie inaczej niż nasze komercjalne. Dzięki informacjom od Termometra i Olka którzy odwiedzili już tą wyspę, wiem także jakiego przysmaku ja poszukuję. Bez większego problemu go znajduję. Grog – bo tak się nazywa ten Wyspo Zielono Przylądkowy alkohol, zostaje nam nalany przez mały kranik, z ogromnej beczki do plastikowej butelki w cenie około 17zł/litr. Jest to rodzaj bimbro-rumu produkowanego z trzciny cukrowej, który o dziwo nawet nie wykrzywia, mimo swojego mocnego smaku.

Następne parę dni spędzamy jeszcze w Sao Vincente, głównie chillując się na plaży, czy chodząc na lokalne imprezy końcowo karnawałowe. Ze względu wiele opinii, odradzających nam zrzucenie kotwicy przy wyspie Sao Antao, decydujemy ze względów bezpieczeństwa i spokoju, odwiedzić tą wyspę promem zostawiając jacht w Mindelo.

P1000285

Przepiękna plaża w Mindelo.

P1000283

Czarna dłoń trzyma Ziemię, podczas gdy biała zrzuca na nią bombę – czyli streetart w Wyspo-Zielono-Przylądkowym stylu.

P1000293

Wygłupiamy się na plaży.

Wstajemy o godzinie 6:30 – jest to dla nas barbarzyńska godzina, ale jesteśmy pewni, że warto. Porządne śniadanie, przepyszna kawa z kawiarki, toaleta i okazuje się że już czasu prawie nie mamy. Biegniemy na prom, a tam kolejka po bilety nie przesuwa się ani o centymetr. Z niewiadomych przyczyn (oficjalnie bo duże fale, ale pogoda tego dnia była niemal idealna), prom zostaje odwołany. Tłumaczymy sobie to, tym że jesteśmy w Afryce i niektóre rzeczy trzeba po prostu zaakceptować. Następny popołudniowy prom wypływa punktualnie, jesteśmy w Sao Antao.

Sao Antao dzieli się na dwie części oddzielone górami. Jedna część wygląda sucho i pustynnie, słońce świeci prawie cały czas, a krajobraz to głównie skaliste góry z ogromną ilością kamieni. Po drugiej stronie wyspy pogoda jest całkiem inna, a jest to związane ze stałym wiatrem z północy, który zatrzymuje całą wilgoć po tej stronie wyspy. Północna część wyspy jest całkowicie zielona, można tu spotkać uprawy m. in. bananów, kokosów, kawy, czy trzciny cukrowej. Tutaj zaczynamy naszą wyprawę trekkingową w małej miejscowości Paul.

01

Dopływamy do Sao Antao, wyspa jeszcze nas nie zachwyca.

02

No to maszerujemy!

03

Zielona część wyspy wygląda znacznie inaczej.

Jest już późne popołudnie, ale dopóki słońce oświetla nam drogę zamierzamy maszerować. Zmrok łapie nas w małej wiosce na wysokości 500m n.p.m. czyli w jednej trzeciej drogi. Degustujemy tam pierwszy raz miejscowy chleb kokosowy i kozi ser w cenie około 15zł/kg którego zostaję osobistym fanem. Jedyne płaskie miejsce jakie udaje nam się znaleźć na nocleg to pobliskie plantacje bananów, gdzie śmiejąc się głośno podążamy i zaczynamy się rozkładać. Jednak komuś nie spodobał się nasz plan… Najpierw słyszymy jakiś huk około 20m od nas. Przekonani, że to spadające z urwiska kamienie nie przejmujemy się, gdyż do nas nie mają prawa dolecieć. Jednak za tym kamieniem lecą następne, coraz bardziej się do nas zbliżające, a my już wiemy, że to nie jest przypadek. Gasimy latarki i czekamy, ale ta osoba (prawdopodobnie właściciel tego terenu w obawie przed zniszczeniem uprawy) się nie poddaje, a kamienie lądują już bardzo blisko naszych głów. Pakujemy się szybko i idziemy dalej, gdzie po 200m spotykamy przemiłego człowieka, który mówi, że znajdzie dla nas miejsce. Zbliżając się do jego posiadłości dociera do nas wyrazisty zapach… ja już wiem… Trafiliśmy na producenta grogu! Dostajemy jeszcze po 50ml świeżego, jeszcze smaczniejszego trunku i kładziemy się spać w „fabryce” grogu, przy maszynie do rozdrabniania trzciny cukrowej.

04

Zbliża się wieczór.

05

Drzema w „fabryce” grogu.

Rodzinny interes rusza z samego rana, więc jesteśmy zmuszeni do wczesnej pobudki. Szybkie śniadanie i jesteśmy z  powrotem na szlaku. Maszerujemy przez chmury, ciesząc się idealną temperaturą i mając nadzieję, na słońce na szczycie i dobrą widoczność z góry. Tempo jakie zarzucił nam Leo, zaprowadziło nas na szczyt(1509m n.p.m.) jeszcze przed godziną 11-stą. Warunki pogodowe tam panujące były dla mnie niewyobrażalne. Mieszające się powietrze z północnej (wilgotnej, zachmurzonej i zielonej)wraz z powietrzem z południowej(suchej, pustynnej i słonecznej) części wyspy, powodowały zmieniające się warunki pogodowe co każde 2 minuty. Lekki deszczyk, słońce, chmury i tak w kółko… Zmęczeni zdrowym trekkingiem połączonym z obfitym posiłkiem na szczycie, popadliśmy tam w głęboką dwu-godzinną sjestę.

06

Pracujący ludzie.

07

Przerwa w drodze na szczyt.

08

Widok na drugą (pustynną) stronę wyspy.

Aby nie schodzić tą samą ścieżką i pozostać po północnej stronie wyspy, wybraliśmy jedyną możliwą opcję, która zaprowadziła nas do polnej drogi, przy której udało nam się złapać we trójkę stopa. Francuzi z którymi razem jechaliśmy, polecili nam ścieżkę prowadzącą przez klify przy oceanie i zaczynającą się z okolic miejscowości przez którą przejeżdżali. Nie mając lepszego planu, posłuchaliśmy ich rady, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Ścieżka może nie była idealna i cały czas prowadziła to w górę to w dół, dając wycisk naszym nogom, ale była chyba najpiękniejszą ścieżką jaką do tej pory miałem okazję kroczyć. Z jednej strony, ocean i ogromne fale rozbijające się o klify nieraz przekraczające wysokość 100m, z drugiej szpiczaste góry pokryte przeróżną roślinnością. Dodatkowo ścieżka ta prowadziła przez lokalne wioski, które w małych dolinkach, gdzie mieli dostęp do słodkiej wody, uprawiali warzywa.

09

Ścieżka przy klifach

11

Idziemy.

12

Takie widoki przez ponad 4 godziny spaceru.

14

Przy klifach znajduję jaskinię, idę. Martin i Leo patrząc jak wchodzę i słysząc moje „wow” wbijają za mną 🙂

Dotarliśmy do wioski do której autobus docierał raz dziennie o godzinie 6:30. Ciekawi jak może wyglądać tamtejszy transport postanowiliśmy spędzić tam naszą 3-cią noc na Sao Antao. Godzina 6:25 – jesteśmy zaskoczeni taką punktualnością, przyjeżdża autobus(12 miejsc siedzących, 0 stojących) trąbiąc i rozświetlając całkowicie pokryte mrokiem ulice. Kolejnym naszym zaskoczeniem, jest brak miejscowych… Wsiadamy i zamiast jechać do punktu docelowego, jeździmy dookoła wioski trąbiąc i budząc miejscowych, a na końcu zatrzymując się na 5 minut w centrum. Potem jeszcze jedna rundka dookoła wioski, jeszcze częściej używając klaksonu i zapełniając w ten sposób „autobus” możemy jechać dalej.

15

Uprawy w strumyku.

13

Robimy sjestę w centrum wioski. Leo miał ze sobą hamak, ja musiałem się zadowolić karimatą.

16

Typowa wioska w przełęczy.

Każda następna wioska przez którą przejeżdżaliśmy została przez nas okrążona co najmniej dwa razy, a dźwięk tego klaksonu, który był używany nie tylko w celu „jestem tutaj, jak chcesz wsiadać to się pospiesz” był używany podczas całej drogi, przed każdym zakrętem „nie wiem czy jest, ktoś po drugiej stronie, ale jak jest to niech uważa, bo ja nie zamierzam zwolnić”, oraz przy każdym mijanym aucie „siemka, co tam słychać?” Dodatkowo „autobus”, którym jechaliśmy pracował dodatkowo jako poczta, a ludzie zostawiali na jego dachu paczki, płacąc kierowcy za dowóz.

Nasz „autobus” po dwóch i pół godzinach, pokonując w tym czasie około 60km po kamienistych drogach, dowozi nas do Porto Novo, skąd bierzemy prom do Mindelo. Kupując jeszcze zapas koziego sera płyniemy do Sao Vincente czując się jakbyśmy wracali do domu.

18

Chodnik pośrodku drzew bananowych.

17

Kwiat bananowca.

Pozostałe przygody, które spotkały mnie na Wyspach Zielonego Przylądka już jutro.