Peru – część I

Cuzco jest miejscem spotkania naszej ekipy. Przyjeżdżam do niego jeden dzień wcześniej niż Termometr i Olek, ogarniam hosta i zwiedzam po krótce miasto. Czekając u Jermogenesa w pracy, korzystam z wifi i kontaktuję się z chłopakami, którzy jak się dowiaduję są niecały kilometr ode mnie! Biegnę im na spotkanie i cieszę się jak dziecko oglądając znajome twarze po tak długim czasie. Na szczęście mój host pozwala nam spać u niego w biurze, a my mamy całą noc na wymianę miliona opowieści z naszych przygód.

Przechodzimy się uliczkami Cuzco. Natrafiamy na procesję w której bierzemy udział, a wieczorem wybieramy się na wylotówkę 6km pod stromą górę, gdzie świętujemy wspólnie nasze spotkanie. Następnego dnia, mniej wczesnym rankiem łapiemy pierwszy raz wspólnie stopa do Ollaytamtambo, gdzie czeka już na nas 72-letni Adam, który daje nam pokój u niego w domu. W tym mieście znajdują się też ruiny Inków, które zwiedzamy rozgrzewając się przed następnym naszym celem, którym jest Machu Picchu.

20160427_111247

Cuzco – czyli miasto w którym codziennie się coś dzieje. Na zdjęciu jedno z przedstawień ulicznych.

DCIM100GOPROGOPR0936.

Widok z ruin na Ollaytamtambo. Po drugiej stronie miasta inne ruiny (tamte są płatne prawie 100zł, a nasze darmowe).

Machu Picchu

Machu Picchu co w języku inków oznacza „stara ziemia”, jest miastem zbudowanym w połowie XV wieku na górze pomiędzy dwoma stromymi szczytami. W czasach istnienia, zamieszkane było głównie przez kapłanów i arystokratów pełniąc funkcję obronno-gospodarczo-ceremonialną. Zostało ono opuszczone w 1537 roku. Skracając: jakiś Ink pomyślał „patrzcie jak tu ładnie, zbudujmy tu miasto”. 3000 schodów do góry, aby się dostać do domu… pomieszkali tam 80 lat czyli jakieś 3 pokolenia, aż w końcu ktoś nie wytrzymał i powiedział „hej ludzie, myśmy chyba postradali zmysły, że zapi****my każdego dnia do góry i w dół… zbudujmy sobie jakieś miasteczko na dole… będzie wygodniej, bliżej i nie trzeba będzie tyle chodzić!”.  Miasto nigdy nie było zapomniane, ale i tak odkryte w 1911 roku przez amerykańskiego uczonego który musiał być faktycznie mądry, bo interes na tym miasteczku jest świetny. Najtańsza wersja odwiedzenia Machu Picchu kosztuje około 150zł, a odwiedza je około 4000 ludzi dziennie.

Z Ollaytambo łapiemy stopa kolejno na Santa Marie -> Santa Terese -> Hydroelektrykę. Droga na tym odcinku robi niesamowite wrażenia. Prowadząca nas przez wysokie góry, na urwiskami z widokami zapierającymi dech w piersiach. Ostatnia miejscowość do której się udajemy jest najbliższą, do której można się dostać za pomocą samochodu. Dalej spacer 10km wzdłuż torów kolejowych aż pod schody do Machu Picchu, gdzie spędzamy noc pod namiotem, by wstać o 4:30 nad ranem i ustawić się w kolejce. Potem niemal biegiem z plecakiem 3000 schodów do góry, by i tak być spóźnionym i czekać w kolejce na górze za ludźmi, którzy przyjechali tam autobusem (jeśli nie stoisz w kolejce przy bramkach na dole, to masz szanse zdążyć przed autobusami i nie czekać długo na bramkach u góry). Chodzimy po Machu Picchu około 3 godzinki, pijemy flachę i wracamy. Było ładnie, ale więcej nie ma co siedzieć. Teraz 3000 schodów w dół i 10 km po torach by złapać kolejnego stopa. Zatrzymujemy się jeszcze w pobliskich wodach termalnych na szybką kąpiel, które polecili nam miejscowi. Wracając przez góry jeszcze raz pokonujemy je na pace, tym razem w pustej wywrotce po piasku. Mimo, że klimat egzotyczny to wysokość przemroziła nas mocno. Termometr leżał nawet w śpiworze przez 2 godziny, aż do Ollaytamtambo, gdzie mogliśmy odpocząć u Adama.

DCIM100GOPROG0020971.

Przyzwyczajamy się do paki, która bardzo lubimy. Poza świeżym powietrzem, krajobraz wygląda stamtąd jeszcze lepiej.

20160430_103651

Takie widoki oglądamy z paki.

DCIM100GOPROG0061006.

Nie cały czas asfalt nam towarzyszył, a chwilami przepaść jeżyła włos na głowie.

20160501_070856

Ruiny Machu Picchu.

20160501_072359

Widok na góry jeszcze lepszy.

DCIM100GOPROGOPR1506.

A tu już powrót… ziiimno 🙂

DCIM100GOPROG0411393.

Wody termalne – jest cieplutko 🙂

DCIM100GOPROG0461458.

A do wody wchodzimy tak.

Lima

Następnym naszym celem jest Lima – ponad 8-milionowa stolica Peru do której z dużym szczęściem zajeżdżamy w niecałe dwa dni (BMW na 900 km przez góry to jest duże szczęście). Mamy nagranego hosta i wszystko wygląda pięknie. Jesteśmy w centrum, próbujemy się skontaktować, że przyjechaliśmy wcześniej. Mamy odzew, cieszymy się i sprawdzamy na mapie gdzie dokładnie mieszka… Wsiadamy w autobus miejski, jeden drugi, trzeci i już po niecałych 5 godzinach łapania autobusów dojeżdżamy na obrzeża, do Cieneguilli. Wchodzimy na posiadłość i jesteśmy w szoku. Dostajemy pokój w domu przy ekskluzywnej restauracji. Mamy do dyspozycji m.in. basen, piłkarzyki, bilard, stół do ping ponga, boisko do piłki nożnej i siatkówki. Nie jest to jednak koniec atrakcji… Alvaro bierze nas na przejażdżkę po okolicy, zaprasza na imprezy, gramy w gry pijackie, poznajemy ludzi, balujemy spędzając świetny czas. Natrafiamy tutaj też na dzień matki, który w Peru świętowany jest 9-tego maja. Impreza jest na 500 osób, a my pomagamy. Na początku prezentuję się w roli kelnera, ale z powodu problemów językowych, a także braku jakiekolwiek wiedzy o menu i cenach, ląduję na zmywaku razem z Termometrem i Olkiem.

Z powrotem do centrum wybieramy się jeszcze dwa razy. Oglądamy historyczne budynki, kosztujemy lokalnych przysmaków, a także spotykamy się z Krzyśkiem. Jak spotkanie, to po Polsku. Zaczynamy piwkami, potem jedna, druga i trzecia butelka. Policja przegania nas kilkakrotnie z plaży przy pacyfiku, a nawet dają nam eskortę, żebyśmy więcej nie spożywali tam alkoholu. Jest śmiesznie, głośno, a rozmowy schodzą na politykę. Termometr i Olo zaczynają się kłócić na tyle poważnie, że muszę ich rozdzielać, a ludzie na przystanku stoją zszokowani, czekając na to co się wydarzy. Wracamy jednak bez większych kłopotów do naszego hosta u którego zostajemy jeszcze na jeden dzień, by odpocząć przed wycieczką do dżungli.

20160509_154446

Plac główny w Limie. Najlepsze miejsce w tym mieście.

DCIM100GOPROG0071604.

Nigdzie wcześniej nie spotkałem takich korków. Ciężko się poruszać w tym mieście.

20160507_113736

Restauracja przy której mieszkaliśmy.

20160506_140100

Próbuję przejść przez rzekę podczas wycieczki z Alvaro.

DCIM100GOPROGOPR1646.

Termometr myje szklanki, a Olek dorwał się do browarów. Pomagamy by matki poczuły się tego dnia jak najlepiej.

Juanjui

Zaczynamy łapać autostop w Limie, w której okolicy krajobrazy są typowo pustynne. Jedziemy przez piękne i wysoki góry, by znaleźć się w przecudownej dżungli, gdzie życie toczy się całkowicie inaczej. Droga, którą pokonujemy, jednak zaskakuje nas bardziej, niż się spodziewaliśmy i zajmuje nam dwa dni dłużej niż założyliśmy na początku. Większość drogi prowadzi w górach, gdzie wysokości na których się znajdujemy sięgają ponad 4200m. n.p.m. Droga jest kręta i w większości szutrowa. Zatrzymanie auta tutaj nie jest żadnym problemem, ale natężenie ruchu w postaci jednego auta na dwie godziny i średniej prędkości 5km/h nie przyspiesza naszej podróży. Przeskakujemy z paki na pakę, podziwiając piękne górskie widoki. Łapiemy stopa w rejonach wysokogórskich. Jeździmy za dnia i w ciągu nocy, w pełnym słońcu, ale też w deszczu, kiedy na pace budujemy dom z plandeki, aby się przed nim osłonić. Jeździmy w upale jak i marznąc na wysokościach, ale wszystko idzie gładko i przyjemnie, zawsze w dobrej atmosferze i z uśmiechem na twarzy. Na jednym z ostatnich autostopów, wskakujemy na pakę pick-up’a, który jest mocno zapakowany. Maciek siada na dachu, ja kładę się na bagażach trzymając się ostatnimi siłami mocowania. Walczę o życie, spoglądając co chwila w przepaść i licząc na to, że nie wypadnę. Z czasem gdy jedna osoba opuszcza pakę udaje mi się znaleźć trochę lepsze miejsce, wciskając cztery litery między bagaże. Dzięki temu jestem w stanie przeżyć na tej pace tropikalny deszcz, którym wita nas dżungla. Całkowicie przemoczeni i obsypani szutrowym piachem, wyglądając jak Olo po dwudniowej imprezie w plenerze dojeżdżamy do Juanjui gdzie wita nas Caly dając klucze do swojego starego mieszkania.

DCIM100GOPROG0191797.

Ciasna droga, duże auto, stroma góra. Tutaj jeszcze mamy asfalt, co prędko się zmieni.

DCIM100GOPROG0231825.

Tęcza zapowiada deszcz, ale my i z tym sobie poradzimy.

DCIM100GOPROG0251846.

No i mamy nasz super nie przemakalny dom na pace. Jeszcze go podrasowaliśmy jak zaczęło mocniej padać.

DCIM100GOPROG0271897.

Tak w większości wyglądała nasza trasa. Tym razem leżymy na pleksie.

DCIM100GOPROGOPR1907.

Z pleksy bez, schodzenia z tira, przeskakujemy bezpośrednio na tą pakę na której nie jesteśmy sami.

20160516_163628

Wjeżdżamy do dżungli i jesteśmy zachwyceni.

Jesteśmy zmęczeni, ale Caly nie daje nam od razu odpocząć. Zabiera nas na przejażdżkę po mieście, przedstawia rodzinę, przyjaciół. Spędzamy dobrze czas, kończąc już bez niego w mieszkaniu z butelkami pełnymi rumu, by dnia następnego przywitać nowy dzień z bólem głowy. Podczas gdy Olo umiera w mieszkaniu, z lekkim zatruciem pokarmowym, użalając się nad swoim losem, Caly zabiera mnie, Maćka i swojego kolegę na wycieczkę do jaskini. Na początku jesteśmy dość sceptycznie do tego nastawieni, ze względu na spacer pod górę w pełnym tropikalnym słońcu. Docieramy do jaskini cali mokrzy… wchodzimy i jesteśmy zaskoczeni. Jest to siedmio-poziomowa jaskinia, z ogromnymi komnatami i wąskimi przejściami. Mijamy tysiące nietoperzy, które zawsze w ostatniej chwili unikają kolizji z nami. Podziwiamy też największego pająka jakiego do tej pory w swoim życiu widziałem. Z Pomocą Caly’iego odwiedzamy wszystkie poziomy, by na samym końcu, usiąść, zgasić światła i w słuchać się w ciszy w dźwięki jaskini, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

20160517_233713

Wasze zdrowie!

FB_IMG_1463608144023

Z Caly’im w drodze do jaskini.

20160518_140232

Po drodze, zajadamy się też kakaem zerwanym prosto z drzewa. O ile kakao robi się z pestek, to biała masa pomiędzy pestkami jest słodziutka i niezmiernie smaczna.

FB_IMG_1463608152842

Zwiedzamy jaskinie.

20160518_130421

Milusi pajączek, większy od dłoni.

Kolejny dzień, przynosi wcale nie mniej atrakcji. Caly’iego odwiedzają jeszcze dwie Belgijki. W domu jego siostry organizujemy małego grilla, do którego dołącza cała rodzina. Atmosfera jest bardzo swojska, próbujemy sił z naszym hiszpańskim i popijamy piwko. W między czasie idziemy też popływać w rzece w której prąd umożliwia tylko taplanie się przy brzegu, a nurt ściąga nas w dół rzeki w bardzo szybkim tempie (możliwe jest tam też sponie rybki Vandellia cirrhosa której najbardziej się obawiamy, ale na szczęście nie znajdujemy). Całą imprezę kończymy z rumem na dachu jednego z budynków w centrum, a opuszczenie miasta przychodzi nam trudniej niż myśleliśmy.

Następnym miejscem do którego się udajemy jest Iquitos, do którego musimy popłynać łódką. Zatrzymujemy się po drodze też w małej miejscowości Tarapoto, ale to tym już w następnym poście: „[Maniek] Peru – część II”