Kolumbia – część II, Bogota

Po udanej wycieczce do Wenezueli wracamy do naszej koleżanki Stefany w Cucucie, która obecnie przebywa w Europie, a dzięki nam odwiedzi wkrótce nawet Polskę. Wybieramy się z nią na lokalny festiwal w Chinacocie, gdzie świętujemy przyjazd do Kolumbii, a także fakt, że musimy się rozdzielić. Po tej imprezie zostaje mi też pamiątka w postaci krzywo zrośniętego palca u nogi po złamaniu, ale to nie jest ważne.

Termometr z Olkiem jadą do Kartaginy, gdzie mają nadzieję znaleźć jak najszybciej jachtostop do Panamy, podczas gdy ja razem z Tomkiem udajemy się z powrotem do Bogoty. Naszym planem jest znalezienie pracy i podreperowanie budżetu.

Po dwóch miesiącach pobytu w stolicy Kolumbii, zostaję poinformowany, że niestety moi towarzysze podróży zawiedli z jachtostopem w Kartaginie (ze względu na sezon) i wybierają inne opcje dostania się do Panamy. Wyruszam na spotkanie z Termometrem w Turbo, gdzie mamy nadzieję na złapanie rybackiej łódki i dotarcie nią do Ameryki Środkowej.
Jeszcze na wylocie z miasta poznaję Kolumbijczyka, który bardzo lubi „Kaliber 44” i śpiewa mi „Normalnie o tej porze” próbując wydać z siebie jak najbardziej Polskie dźwięki. Wychodzi mu to chyba gorzej niż nasze „keny keczułoki anułoki” Michaela Jacksona co daje mi jeszcze więcej radości.
40 min łapania stopa w lekkim deszczu i zatrzymuje się samochód jadący prosto do Kartaginy… a więc zmiana planów. Kontaktuję się z Termometrem i jadę go odwiedzić w hotelu, w którym pracuje. Poznaję jego nowych znajomych i zwiedzam to piękne nadmorskie miasto. Czas jednak nas już trochę goni (kończy się nam wiza), więc już po dwóch dniach wyruszamy do Turbo.

DCIM100GOPROG0054142.

Na murach ogradzających stare miasto z widokiem na wyrastające wieżowce w nowej części.

DCIM100GOPROGOPR4173.

Plaża w Cartagenie.

DCIM100GOPROGOPR4251.

Tradycyjny Wenezuelański arepas z kurczakiem, awokadem i cebulą przygotowany w hotelu przez naszego kumpla Leonadro.

Podczas drogi na wylotówkę zatrzymują nam się już dwa samochody i wywożą nas w idealne miejsce za miastem bez wyciągnięcia kciuka nawet na sekundę. Niestety dalej już nie idzie tak kolorowo. Kolejne 465 km pokonujemy w dwa i pół dnia, w których przygód nam też nie brakuje. Pogoda jest gwałtownie zmienna w tym okresie i co chwila padają obfite deszcze. Wsiadamy do auta wrzucając na pakę plecaki nie myśląc o nadchodzącym deszczu. Po 20 km nasze plecaki są całkowicie przemoczone, a my spędzamy w piekarni ociekający nie tylko zajebistością, ale i tropikalną ulewą prawie godzinę. Czas ten umilają nam piękne lokalne dziewczyny, którym pomagamy w tłumaczeniu listu na angielski. Wieczorem tego samego dnia suszymy się w oddziale straży pożarnej, która zgodziła się nas przenocować. Życie toczy się dalej.

DCIM100GOPROG0054301.

Termo łapie stopa, a ja śpiewam koniowi.

fb_img_1477883556013

To chyba była miłość. Nie przetrwała ona jednak próby uzależnienia od internetu… miłosne historie są zawsze skomplikowane.

DCIM100GOPROG0104365.

Wbijamy do remizy i już po 5 min. sala wygląda jakby mieszkał tu tabor cyganów… w końcu musimy wysuszyć zawartość naszych plecaków 🙂

Turbo

Do Turbo zajeżdżamy wczesnym popołudniem i dowiadujemy się, że koszt podróży do wioski „Capurgana” to około 20$. Tłumy jakie pchają się na „lanche”(mała łódka transportująca ludzi) zmniejszają niemal do zera nasze szanse na darmowe przepłynięcie w zamian za pracę. Nie tracimy zbędnie czasu i pierwszy raz płacimy za transport podczas tej podróży. Chciałbym jeszcze wrócić do samego Turbo, o którym nasłuchaliśmy się wiele złych rzeczy. Miasteczko jest bardzo żywym miejscem, gdzie muzyka gra do bladego świtu, albo i jeszcze dłużej. Są w nim miejsca, w których można czuć się niepewnie, ale nie jest aż tak straszne jak większość ludzi je opisuje. Jesteśmy tam w niedzielę i wybieramy się na mszę, która bardzo różni się od naszej polskiej. Pismo Święte, a także Eucharystia wnoszone są przez cały kościół przez tancerki przy głośnej muzyce, a kazanie wygląda trochę jak „stand up”. Ksiądz który zachęca wiernych do klaskania i tańczenia w kościele, nie jest jednak, aż taki fajny na jakiego wygląda na samym początku. Wiedząc, że nie mamy gdzie rozbić namiotu i mając duży ogródek, odsyła nas poza miasto, gdzie inni ludzie zawracają nas z powrotem do niego. Nam ostatecznie udaje się znaleźć bezpieczne miejsce w opuszczonym domu, ale podejrzliwość miejscowych i ich nieufność okazała się taka, jak opisywali ją ludzie.

20161030_175357

Uroczyste wniesienie hostii.

DCIM100GOPROG0064448.

Zmierzamy w nieznane.

Opuszczając Turbo, opuszczamy bardziej cywilizowane tereny i zapuszczamy się w wioski należące do przesmyku Darien, który jest uważany za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. O tym skrawku na naszej planecie już w następnym poście.

 

A co z dwoma miesiącami w Bogocie?…
To co wydarzyło się w Bogocie zostaje w Bogocie!

 

No dobra… tak z grubsza:

Bogota jako miasto

Bogota jest ogromną stolicą, która liczy sobie 8 mln ludzi, a wraz z okolicznymi miastami, które w nią można wliczyć osiąga nawet liczbę 16 mln mieszkańców. Jak można się domyślić, jest ona dość rozległa, a komunikacja miejska nie należy do najprzyjemniejszych. Nie ma tutaj nawet metra, co jeszcze bardziej utrudnia przejazd i zwiększa liczbę ludzi na przystankach autobusowych. Ulice oznaczone są numerami i rosną w stronę północy, podczas gdy drogi rosną ku zachodowi. Ułatwia to znacznie orientację w terenie, a po usłyszeniu adresu, z łatwością można pokazać na mapie gdzie to miejsce się znajduje w przeciągu sekundy.
Dzielnice są mocno zróżnicowane. Są takie w których rządzi mafia i co ciekawe są one często bardziej bezpieczne od pozostałych. Jeśli ktoś podejrzany kręci się po takiej dzielnicy, ludzie robią mu zdjęcia. Ponadto jeśli taka osoba zrobi coś złego (ukradnie, pobije itd.) zdjęcie jest wysyłane w odpowiednie miejsce i mafia zajmuje się takim delikwentem tak, by już nigdy w to miejsce nie wrócił.
Jak każde większe miasto i to posiada swoje centrum. Jest też rynek główny z wielkim kościołem. Wszystko wygląda ładnie. Do niego prowadzi też „septima”, która jest zamknięta dla samochodów. Jest to chyba najbardziej ruchliwa ulica w mieście zatłoczona ulicznymi artystami.
Najpiękniejszym miejscem w mieście bez wątpienia jest „monserrate” do którego prowadzi kolejka linowa. Jest to wzgórze z którego można spojrzeć na całe miasto. Polecam wybranie się tam o zachodzie słońca, a to co można tam zobaczyć uchwycił świetnie Tomek w swoim filmiku: https://www.youtube.com/watch?v=Ri4iHoqYOpo

14813043_1302059199813288_548482846_o

Na Monserrate.

Praca w Bogocie

Kolumbijczycy mają podobny system pracy jak my w Polsce. Podobna ilość godzin w standardzie, a także podobna ilość godzin wolnych od pracy. Jak wiecie moim głównym celem jest wmieszanie się w tłum i znalezienie pracy jak przeciętny mieszkaniec. Ze względu na brak wizy pracowniczej, a także słabą znajomość języka hispańskiego nie jest to takie łatwe, jak by się mogło wydawać. Oprócz baniek i grania na gitarze na ulicy dostajemy z Tomkiem przeróżne propozycje. Najwięcej czasu spędzam ucząc angielskiego w banku BBVA małą grupkę pracowników – tutaj czas mija szybko. Zdarza mi się też pójść na zastępstwo do szkoły podstawowej, gdzie radzę sobie już trochę gorzej, bo nie mogę zapanować nad zbyt dużą grupą rozwrzeszczanych dzieciaków, a gdy papierowa kulka trafia w głowę w jednego z uczniów, zamiast podwyższonego tonu głosu, na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech i chęć przybicia piątki za świetny rzut.
Z ciekawszych rzeczy zajmuję się tutaj też „aktorstwem”. Za pierwszym razem przed kamerą jest to promocja licealnego przewodnika turystycznego, który jest zaliczeniowym projektem. Bardziej interesujące jest jednak wystąpienie w pełnometrażowej operze mydlanej jako pasażer samolotu 😉
Jako, że jestem w Kolumbii, nie ominęła mnie też oferta przemytu kokainy. Dokładniej – zostaliśmy zaproszeni na kawę i ciasto do knajpy, gdzie człowiek zaproponował nam przelot do Holandii z pakunkiem. Płaca to 10 000 euro za mniej niż tydzień pracy. Policja ustawiona i wszystko super bezpiecznie… tak… tak… tak…

Mieszkanie w Bogocie

Zaraz po wjeździe do Bogoty, trafiamy na przeprowadzkę naszych muzycznych przyjaciół. Oczywiście pomagamy jak tylko możemy w zamian za tydzień lub dwa pobytu razem z nimi w dość ciasnym nowym mieszkaniu. Szczęście nam tym razem dopisuje i jeden z ich współlokatorów musi ze względu na lokalizację zmienić miejsce zamieszkania, a my z Tomkiem zajmujemy jego pokój. Czynsz w Bogocie bardzo różni się w zależności od dzielnicy. Są tutaj dzielnice biedne, w których jest tanio i zazwyczaj niebezpiecznie, ale także bardzo bogate i drogie. Średnia cena wynajmu pokoju to 350-500 zł, a my z Tomkiem bierzemy jeden na pół. Na mieszkaniu jesteśmy my, Alex i Rubio, czyli nasz „dream team”. Często też miewamy gości z couchsurfingu i nie tylko, co sprawia, że nasze mieszkanie jest wiecznie żywe. Niestety powoduje to częste wizyty ochrony osiedla i wiele skarg ze strony sąsiadów.

Imprezy

Taaaa…

DSC_0320

Więcej niż tysiąc słów.

DSC_0327

A mieliśmy tylko zagrać w pokera.

Życie w Bogocie

Życie w tym kraju moim zdaniem należy do bardzo przyjemnych. Ludzie są lekko paranoiczni ze względu na bezpieczeństwo, ale bardzo szczęśliwi. Łatwo nawiązać z nimi kontakt i od razu zostać dobrymi znajomymi. Ceny produktów różnią się w zależności od kategorii, ale można je śmiało porównywać do tych polskich. Płaca za wykonaną pracę również jest podobna do tej w Polsce. Różnica jest np. w edukacji wyższej, gdyż tutaj nawet uczelnie publiczne są płatne.
Ulice niestety są często dość zaniedbane, a przede wszystkim brudne. Wszystko to rekompensuje jednak muzyka dochodząca z każdego zakamarka i pozytywna atmosfera. Ogólnie nie przez przypadek wybrałem ten kraj na dogłębniejsze poznanie jego kultury.

Kuchnia kolumbijska

Fanem kolumbijskiej kuchni nie zostanę. Powodem może być moja tęsknota za polską kiełbaską czy schabowym. Popularne są tutaj bardzo „empanadasy” które wyglądem przypominają pierogi (tylko wyglądem), oraz arepasy, które są suchymi plackami z mąki kukurydzianej i nadzieniem. My najczęściej gotujemy sobie na zmiany w mieszkaniu, a dzięki temu mamy okazję spróbować wielu domowych tradycyjnych dań kolumbijskich, które przyrządza nam Alex i których nazw nie jestem w stanie zapamiętać.

DCIM100GOPROGOPR9911.

Tradycyjne tamales, oraz czekolada z żółtym serem.

Ciekawostki kulturowe

Można powiedzieć, że życie tutaj jest dużo luźniejsze. Nie czuć takiego pośpiechu jaki panuje w Europie. Policja też jest dużo bardziej wyluzowana i nie zwraca uwagi na błache rzeczy, jakimi są: przechodzenie na czerwonym świetle, palenie marihuany w parkach, czy wiele innych rzeczy. Można poczuć się wolno i nie przejmować tym wszystkim, co narzuca nam system.
Z najgorszych rzeczy, które rzucają się od razu w oczy są stosunki damsko-męskie. Małżeństwo jest coraz rzadszym przypadkiem, podczas gdy liczba rozwodów cały czas rośnie. Życie przeciętnego człowieka wygląda tutaj jak „Moda na sukces”, a dziecko pozamałżeńskie zdarza się częściej, niż takie w tym świętym związku.
Jest oczywiście wiele innych różnic kulturowych, jak wcinanie winogrona w Sylwestra, czy czytanie 9-tego grudnia książeczki religijnej z rodziną poprzedzającą święta. Są to jednak bardziej tradycje, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka.

14808837_10154291723597928_2057310066_o

Pod koniec mojego pobytu w Bogocie odwiedza mnie Leo, z którym przekroczyłem Atlantyk na jednej łodzi.

14876523_1454452891239490_5696901082068699327_o

Pa pa Bogoto. Będę tęsknił.