Jachtostopem do Cabo Verde!

Z wysp Kanaryjskich do wysp Zielonego Przylądka oddzielało nas 850 mil morskich w linii prostej. Udało nam się pokonać ten dystans w 158 godzin ze średnią skuteczna prędkością  5.4 węzłów. Jednak najważniejsze jest w jaki sposób się to udało zrobić. „Infinite love”  jest już czwartym jachtem, którego mam okazję stopować  na wodach oceanu Atlantyckiego. Jest też jachtem najbardziej wymagającym, jakim do tej pory żeglowałem. Długość to niecałe 10m, a ciężar to niewiele ponad 3 tony. Można odczuć w bujaniu nawet własne kroki, a każda fala majta nami jak tylko może. Na tym jachcie nie ma też koła sterowniczego, a rumpel – drąg sterowniczy nazywany przeze mnie po prostu kijem.

Wypływamy z Santa Cruz w środku nocy i oddalając się od Teneryfy na silniku w ciągu 20min natrafiamy na wiatr, pchający nas prosto do Mindelo. Rozkładamy żagle, wyłączamy silnik i żeglujemy! Żagiel główny szybko chowamy z powrotem, ze względu na tylni wiatr, a żagiel przedni blokujemy za pomocą tangona.

DSCN2708

Wszystko przygotowane, teraz tylko odpoczywać.

P1000198

Trzymam kija, ktoś musi sterować łódkę 🙂

Cała droga przebiega bardzo spokojnie. Niemal niezmienne warunki pogodowe, pozwalają nam na utrzymanie początkowego ustawienia żagli przez całą podróż.  Każdy dzień przebiega dość podobnie:
-śniadanie
-sjesta
-obiad
-sjesta
-kolacja
-sjesta
-drzema z przerwą na trzy godzinną wachtę
Do naszego napiętego grafiku dochodzą jeszcze takie zajęcia jak: łowienie ryb,  oglądanie delfinów i wpatrywanie się w ocean, a w nocy podziwianie gwiazd. Jesteśmy na tyle zajęci, że mamy problem ze znalezieniem czasu na mycie naczyń i sprzątanie, ale jak to się mówi „mądrzy ludzie żyją w brudzie”.

P1000180

Mamy mały bałagan…

P1000167

Dwa przednie żagle. Jeden z tangonem, drugi z bomem jako tangon. Niecodzienna konstrukcja, która dobrze się spisała ze względu na tylny stabilny wiatr.

Oprócz niekończących się żartów i głębokiego chillout’u, który gwarantuje ocean, podczas tej wyprawy dwie sytuacje zostaną w mojej pamięci na zawsze. Delfiny mogliśmy widywać niemal każdego dnia, ale taka sytuacja nie jest codziennością. Zostaliśmy okrążeni przez naprawdę duże stado (tak na oko co najmniej ze 100 albo więcej). Były one wszędzie, a najwięcej jak zwykle tuż przy dziobie. Leżałem tam z wyciągniętą ręką próbując złapać któregoś za płetwę i przybić piątkę. Długo nie musiałem czekać – złapałem Bogusia za płetwę całą swoją dłonią. Boguś zaczął panikować i chciał zanurkować, ale 15-stu jego kolegów było tuż pod nim i tylko się od nich odbił. Jego kumple jak to zobaczyli zaczęli jeszcze bardziej żywiołowo wyskakiwać ponad powierzchnię jakby krzycząc: „też chce złapać człowieka”. W tym samym czasie po obu stronach łódki inne delfiny wyskakiwały nawet na dwa metry wysokości wybijając się na fali zarówno razem małymi grupkami, jak i samotnie próbując robić salta i inne akrobacje w powietrzu. Odczuwałem wrażenie, że starały się one zaimponować nie tylko nam, ale także sobie nawzajem. Jedyne potrafiliśmy wykrztusić z siebie w tym czasie razem z Leo i Martinem to było „wow”.

P1000171

Pierwsza złapana ryba!

DSCN2725

Kolejna cieszy równie mocno!

DSCN2731

One na prawdę latają!

Drugą sytuacja zdarzyła się podczas mojej nocnej wachty.  Jesteśmy pośrodku niczego, a przez całą tą podróż widywaliśmy średnio jeden statek wciągu całej doby – zwykle nie przybliżający się do nas o mniej niż 5 mil. Tym razem wyglądało to trochę inaczej. Widzę światła, czerwone na naszej ster burcie, wiem że będzie blisko. Po 15-stu minutach jestem już pewny, że nasze kierunki się krzyżują, a do zderzenia zostało może jakieś 4-5 minut. Nie chcę bez wiedzy kapitana zmieniać kursu, więc idę obudzić Martina. Wstaje mocno zaspany, zerka na radar i mówi, że nic nie ma. Wychodzi, patrzy zaspanym wzrokiem na statek i wraca do radaru, dziwiąc się i zastanawiając czemu radar nic nie pokazuje.  W momencie gdy okręt zbliża się do nas już na dość niebezpieczną odległość włącza pomarańczowe migające światło oznaczające niebezpieczeństwo, a mnie udaje się przekonać Martina do złapania za ster. Okręt jest już na tyle blisko, że możemy nawet w środku nocy zobaczyć, że jest to mały kontenerowiec, który właśnie lekko zmienił kurs, żeby się z nami nie zderzyć. Martin w tym samym momencie skręca… Jednak nie w tą stronę w którą powinien i idzie prosto na czołowe… Zaczynam mu tłumaczyć podstawy nawigacji, ale nie ma już na to czasu… Niemal już krzycząc, stanowczym głosem nakazuję kapitanowi odbić w drugą stronę. Trochę nie pewnie, ale skręca tam gdzie powinien… 5-7 sekund później patrzę jak okręt płynie 30 metrów za plecami Martina, który w tym momencie włącza silnik, a na moje pytanie dlaczego, oznajmia że stracił ten statek z pola widzenia i chce mieć włączony silnik w razie konieczności zrobienia następnego manewru…

Wiedziałem, że Martin nie jest najbardziej ogarniętym kapitanem jakiego poznałem. Pozwalając zaplątać się linom na maszcie, czy wypływając z przygasającym silnikiem z mariny, który zgasł w ciasnym przejściu koło falochronów(razem z Leo szybko ogarnęliśmy żagiel, nie było dużego niebezpieczeństwa ze względu na dobre warunki pogodowe), czy innymi drobiazgami dał już popis swoich możliwości wcześniej. Jednak sytuacja którą opisałem powyżej przyniosła mi trochę wątpliwości komu powierzam swoje życie… W końcu życie załogi zależy od kapitan…

Podobno dwa razy w totolotka nie da się wygrać, więc kolejna taka sytuacja na oceanie nam się nie może przydarzyć. Nie martwię się i śpię spokojnie. Oczywiście już następnego dnia śmiejemy się z całej sytuacji

P1000202

Dopływamy do Wysp Zielonego Przylądka!

P1000210

Wyspy wyglądają dość oryginalnie.

O przygodach na odwiedzonych przeze mnie Wyspach Zielonego Przylądka, już niedługo w następnym poście!