Laos

„Liczysz ile kilometrów możesz przejechać stopem jednego dnia w Laosie? Załóż, że to tyle ile jesteś w stanie przejść na piechotę”. – Te słowa nie są zachętą dla autostopowicza, ale zobaczmy jak to wygląda w praktyce. Laosie nadciągam!

Laos to niewielkie państwo liczące niemal 7 mln mieszkańców i jedyne w regionie bez dostępu do morza. Język jest podobny do tajskiego i co ciekawe Laotańczycy mogą zrozumieć swoich sąsiadów, podczas gdy w drugą stronę nie działa to już tak dobrze. Zewnętrzne wpływy pochodzą przeważnie z Tajlandii, Chin oraz Korei Południowej. Często można zobaczyć flagę tego ostatniego kraju na projektach dróg czy szkół. Przy granicy (i nie tylko, ale tam najwięcej) natomiast powiewają czerwone flagi z żółtym sierpem i młotem.

Granicy nie można przejść na piechotę (koło stolicy Vientian), lecz po krótkiej wymianie zdań przekonuję strażnika, że złapię przez most przyjaźni autostop, co udaje mi się osiągnąć już po dwóch minutach. Do Laosu wjeżdżam z piękną i sympatyczną Laotanką, co od razu nastawia mnie pozytywnie do tego kraju. Wizę dostaję w 2-3 minuty i oficjalnie zaczynam przygodę w Laosie.

Omijam stolicę obwodnicą. Jest zupełnie inaczej niż się spodziewałem -droga jest szeroka i zadbana. Przy niej stoją ładne domy, a nierzadkim widokiem są też piękne pałace. To są jednak obrzeża Vientianu i wiem, że cały kraj tak wyglądać nie będzie. Już 30 km dalej, na drodze krajowej, asfalt zaczyna powoli zanikać.

Jadę na pace i rozglądam się po okolicy, a tam zauważam obcego kciuka przydrożnego kontemplowicza. Uderzam w bok samochodu, by kierowca zrozumiał, że obok tych wszystkich owoców morza, muszli i innych dziwactw znajdzie się jeszcze miejsce dla niego. To około 50 letni Rosjanin, który był wzięty do sowieckiego laboratorium w wieku 13 lat. Zajmował się tam głównie nauką, jogą, treningami i survivalem.

Częstuje mnie własną trawką (którą on pali, a ja nie), a z czasem staje się coraz bardziej „dziwny”. Zaczyna mi się chwalić swoimi osiągnięciami: klonowaniem roślin, ulepszaniem ich, hodowlą marihuany itd. Ponoć zna ludzi, którzy za pomocą substancji w głównym zbiorniku wody potrafią całe miasto pozostawić bezpłodne. Jego drzewko z THC ma tylko 20 cm wysokości i też samej wielkości kwiaty. „Czyż to nie jest doskonałe? Możesz hodować i nikt nie zauważy, a tego najlepszego jest nawet więcej” – opowiada mój kompan z szerokim uśmiechem na twarzy.

Po 2 godzinach rozmowy i jej przebiegu jestem przekonany, że czas zakończyć tę znajomość. Przerywając mu w dywagacjach o technologii i jej błędach (muszę przyznać, że trochę pojęcia ma, choć sporo w tym teorii spiskowych… nie wiem na ile można takiemu ufać) mówię, że łatwiej mi będzie dostopować samemu. „Powodzenia Alek”.

Vang Vieng

Vang Vieng to turystyczne miejsce, w którym można doświadczyć wielu atrakcji: spływ na dętce od stara po rzece, wodna jaskinia, park linowy itd. To są jednak drogie przyjemności, a ja korzystam tylko z tych tańszych. Odwiedzam 4 jaskinie (5000 – 15000 kipów), a jedna z nich fascynuje mnie najbardziej.

Jestem w szerokim podziemnym korytarzu z małymi zwężeniami, który ciągnie się w „nieskończoność”. Po 10 min spaceru w ciemnościach rozgonionych moim światłem, natrafiam na tabliczkę żeby nie iść dalej. Nie powstrzymuje mnie to, ale zasiewa w mojej głowie pewne wątpliwości. Mijam kolejne skrzyżowania, ale pomimo oznaczeń na ścianach (słabe i nie wszędzie) zaczynam się obawiać, że mogę coś zapomnieć. Dodatkowo czuję, że moja latarka traci na mocy. Gaszę ją i siedzę w kompletnej ciemności oraz ciszy, którą zagłusza tylko rytm mojego serca i od czasu do czasu spadające krople wody. Decyduję się na powrót, czego potem żałuję – ciekawość co jest za tym kolejnym przewężeniem nie daje mi spokoju przez długi czas.

Luang Prabang

Luang Prabang jest najbardziej turystycznym miejscem w Laosie i od czasów Tajlandii nie widziałem aż tylu przybyszy z zagranicy jak tutaj. Najciekawszy jest market oraz położony 30 km dalej wodospad, gdzie bez problemu można dojechać stopem. Zatrzymuje mi się 43 – letni Francuz na skuterze, który nie tylko daje mi podwózkę, ale towarzyszy przez cały dzień i zawozi z powrotem do miasta. Sam wodospad jest naprawdę niesamowity. Kaskodowo ciągnie się on przez paręset metrów, lecz największa jego część otwiera wszystkim odwiedzającym usta. Można się też wdrapać na samą górę, gdzie my wraz z Patriciusem gubimy ścieżkę i błądzimy po dżungli.

Po dwóch nocach spędzonych w Luang Prabang w monastyrze żegnam się z mnichami i dostaję jeszcze na odchodne mały prowiant, po czym idę zrobić pranie. Mając chwilę czasu spotykam się jeszcze z Patriciusem na kawę. Dołącza do nas jeszcze Ukrainka i tak właśnie będę wspominał to miasto. Dużo przyjaznych turystów z ciekawymi historiami (spotkasz jednego, okazuje się że on pozna Cię z kolejnym itd.). Nie tylko tacy hotelowi, których poznałem kilku, ale także tacy podobni do mnie. W monastyrze poznałem też parę Taj-Rosjanka, z którymi przegadałem pół nocy.

Nong Khiaw

Następnym punktem na mapie jest Nong Khiaw. Z niego można się udać rzeką Mekong do małej ładnej miejscowości, ale ja jednak skupiam się na punkcie widokowym tuż przy drodze. Niby blisko, ale jednak daleko, gdyż trzeba się wdrapać 500 m stromizną – warto.

Przez góry

Dalej na wschód autostop zaczyna się psuć i daje mi się to we znaki. Muszę raz czekać nawet 3 godziny, co w Ameryce Południowej może nie byłoby jakimś zaskoczeniem, lecz po ostatnich krajach jestem pod tym względem trochę rozpieszczony. Kierując się na Phonsavan gubię niechcący drogę, gdyż lokalni mieszkańcy zaczynają mnie kierować na drogę, która prawdopodobnie nie jest przejezdną samochodem. Zaczynam sobie zdawać sprawę, że coś jest nie tak i jak sprawdzam trasę na mapie to okazuje się, że z powrotem do skrzyżowania mam już kilka kilometrów. Decyduje się iść za ciosem, a przede mną 115 km.

Początek nie jest taki zły i udaje mi się złapać 4 stopy. Nagle mam 100% skuteczności i wszystko co tego dnia tamtędy przejeżdża zatrzymuje się. Średnio jednak dają mi oni podwózki po 2 km. Potem już idę na piechotę 28 km z plecakiem po górach. Gdy nadchodzi zmierzch, niespodziewanie zatrzymuje się motocykl, by po paru kilometrach kierowca zaproponował mi nocleg u siebie. Najpierw jednak dostaję telefon, a w słuchawce słyszę męski głos, który odzywa się po angielsku.

To nie pierwszy raz gdy dochodzi do takiej procedury, więc nie mam żadnych nadziei. Poprzednim razem zostałem poinformowany, że zgodnie z prawem nie mam możliwości rozbić namiotu na czyimś podwórku. Mogłoby to sprawić kłopoty zarówno mi jak i gospodarzowi (o ile o siebie się nie martwię, bo następnego dnia będę już w całkiem innym miejscu, to ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić to narażać gospodarza na jakiekolwiek problemy). Tym razem jest jednak inaczej. Nic też dziwnego, bo zgodnie z prawem mogę spać tylko w hotelach, a takiego w okolicy na pewno nie znajdę. Głos w telefonie mówi, żebym został u mojego kierowcy na noc.

Jestem w małym drewnianym domku, a w kominku ogień pochłania kolejne gałęzie. Gospodarz przynosi związaną gąskę, a jego żona przynosi mi koce. Gąska zaraz zostanie przyrządzona wypełniając nasze brzuchy do pełna i dając świetne doznania smakowe. Na stole stoją miski z dwoma zupami, mięsem, lepkim ryżem, ostrą przyprawą i jakimś zielskiem. Nikt nie ma talerza. Wszyscy jemy z jednej michy.

Gościna jest to dla mnie błogosławieństwem, gdyż nie byłem przygotowany do takiego trekkingu ani trochę. Miałem tylko trochę wody, którą uzupełniałem w lokalnych strumykach (bez biegunki się nie obyło). W jedzenie musiałem się zaopatrzyć w wiosce tuż przed ostatnim skrzyżowaniem i moją przeprawą na piechotę. Do „sklepu” wchodziło się przez kuchnię, gdzie rodzina właśnie wcinała obiad. W salonie na końcu stały regały, a na pułkach pudła. Tam znalazłem ciastka, które miały mi wystarczyć na dwa dni marszu.

Idę dalej, ale drogą przejeżdża w moją stronę jedno auto (w przeciwną 4-7). Kierowca zatrzymuje się, lecz nie jest chętny to wzięcia mnie ze sobą, bo z przodu nie ma miejsca, a na pace jadą już dwa byki, które mogłyby się rozzłościć, gdybym do nich dołączył. Tego dnia biję swój rekord z pełnym uposażeniem – 35 km na piechotę po górach. Mówi się, że ciężar na plecach podczas trekkingu nie powinien przekraczać 15% wagi ciała. Dwa tygodnie temu waga powiedziała mi, że mój plecak to 24,5% bez wody i jedzenia. Z dodatkowym balastem wynosi 27-28%.

Phonsavan, Xieng Khouang

„Dolina Dzbanów” – tak nazywa się miejsce dla którego warto odwiedzić Phonsavan. O ile sam widok nie zachwyca, to historia tego miejsca jest niezwykle ciekawa. Można tu zobaczyć porozrzucane dzbany, które według archeologów leżą już tam od ponad 2500 lat. Pierwsza teoria mówi, że służyły handlarzom do przewożenia towarów, jednak ich wielkość i ciężar może temu łatwo zaprzeczyć. Druga, bardziej prawdopodobna, twierdzi iż do tych słoików wkładano zmarłych. Jeśli to prawda to znajdujemy się w bardzo dużym grobowcu. Dla turystów dostępne są 3 spośród 60 takich miejsc z dzbanami ze względu na porozrzucane niewypały bomb („miny”).

W okolicy można zaobserwować pełno „dziur w ziemi” – są to leje po bombardowaniach. Jak zapewne każdy słyszał o wojnie w Wietnamie rozegranej w latach 1964 – 1973, to mało kto zdaje sobie sprawę, że znaczna jej część odbyła się w Laosie. Amerykanie podczas tych 9 lat zrzucali na teren tego kraju bombę, średnio co 8 minut (270 mln bomb). Dzięki nim Laos może się dzisiaj „szczycić”, że jest najbardziej bombardowanym krajem świata w historii. Szacuje się także, że zaledwie 2/3 z nich wybuchła, co daje 90 mln niewypałów rozrzuconych po polach. Uprzątnięcie takiego bałaganu jednak dużo kosztuje i nikt nie kwapi się wyłożyć pieniędzy. Laos jest więc największym polem minowym na świecie.

Kong Lor

Autostop zaczyna mnie znowu rozpieszczać i nie czekam dłużej niż 10 minut. Wybieram więc moim zdaniem ciekawszą i trudniejszą drogę. Ruch jest bardzo mały, ale za to zatrzymuje mi się ciężarówka – kabriolet. Jestem zachwycony takim transportem. Kierowca zmienia się 3 razy, a właściciel tej maszyny tylko raz. Zostaje ona sprzedana na moich oczach za worek lokalnych pieniędzy (około 7 tys. dolarów). Wehikuł ten jednak cały czas jedzie w moim kierunku, a ja wraz z nim. Jest śmiesznie, gdyż nowy nabywca nie radzi sobie ze skrzynią biegów, bo nie jeździł wcześniej takim cudem techniki. Ja jadę siedząc na baku z benzyną (który jest tam, gdzie powinien być fotel pasażera) prawie cały dzień. Nie mam pośpiechu i cieszę się chwilą.

Już mniej dziwacznymi samochodami dojeżdżam do Kong Lor. Jest to jaskinia wyżłobiona przez rzekę, która ciągle przez nią przebiega. Takim tunelem płynie się przez 7,5 km w jedną stronę. W połowie drogi zaplanowany jest krótki spacer z latarką. Po wypłynięciu z drugiej strony można wyjść na ląd i odpocząć przez 10 min na odludziu. Teraz jest pora sucha i woda jest bardzo płytka, więc mając zanurzenie 10 – 15 cm nieraz wadzimy o kamienie. Dodatkowo jest jedno miejsce, w którym trzeba zejść, by tę „tratwę” odciążyć. Ta 2,5 godzinna przygoda kosztuje 100 000 za jedną osobę, lub 65 000 od głowy, gdy jest nas 2 – 3. Mnie bez problemu udało się dokoptować do pary Belgów.

4000 wysp

Teraz przede mną najdłuższa przeprawa autostopowa po Laosie bez przystanków. Kilometry zlatują szybko, a pierwszym celem są wodospady „Tad Fane” i „Tad Young”. Ładne, przyjemne i warto się zatrzymać. W okolicy znajduje się też sporo plantacji z kawą, a trunek ten smakuje tutaj wyśmienicie.

Na samym południu Laosu jest ważna atrakcja turystyczna, którymi są wyspy na rzece Mekong. Ile ich dokładnie jest – nie wiem, ale te dwie, które odwiedziłem – były warte swej ceny. Na Don Det można się dostać łódką za 15 000. Wąskimi drużkami jeżdżą głównie rowery lub skutery, a turystów jest więcej niż lokalsów, przez co klimat jest bardzo relaksowy. Za 10 000 wynajmuje się rower, którym można przejechać przez most i dostać się na sąsiednią niewiele większą wyspę – tam urzekną Was wodospady. Turyści często korzystają też z wycieczek, by zobaczyć słodkowodne delfiny.

Przyjechać tutaj warto przede wszystkim ze względu na luźną atmosferę przy której bardzo łatwo poznać pozytywnych ludzi i z którymi bardzo łatwo nawiązać kontakt. Może być jeszcze ciekawiej po skosztowaniu lokalnych przysmaków jak : „Happy Shake” czy „Mushroom Shake” 😉

Pobyt w Laosie zleciał mi bardzo szybko. Wstępne nastawienie było słabe, więc moje zaskoczenie tym krajem jest bardzo na plus. Ja wybieram się właśnie do Kambodży, a tych wytrwałych zapraszam na ostatnich parę punktów podsumowujących.

Podsumowanie

Powyżej już napisałem nie jedno zdanie o autostopie, a okazał się on w praktyce całkiem dobry. Nie aż tak zajebisty jak w sąsiednich krajach, lecz ciągle bardzo sprawnie działający. Często ludzie rozumieli znak wyciągniętego kciuka i zatrzymywali się z uśmiechem na twarzy. Tylko na północy można natrafić na trudności, ale nie ma tragedii.

Ludzie w Laosie są „średni”. Równie często można spotkać tych uśmiechniętych jak i smutasów. Wszystko zależy od szczęścia i czytając wiele opinii rozumiem tych, co krytykują i tych co chwalą. Warto natomiast dodać, że nierzadko pojawia się problem z komunikacją, brakiem jej chęci i zlekceważeniem. Umacnia to zjawisko bardzo niski poziom inteligencji ludności, a także całkowicie inny język mowy ciała. Wjeżdżając do Kambodży poczułem ulgę jak wtedy, gdy wyjechałem ze smutnego Peru do wesołego Ekwadoru.

Laos zdecydowanie może natomiast zachwycić widokami i atrakcjami turystycznymi – jest gdzie się zatrzymać i gdzie pojeździć. Górzysty teren zachwyca nie przez kilka minut, ale na większej części terytorium tego kraju. Do tego dochodzą jaskinie, wodospady i wszystko co natura stworzyła tutaj by być cudownym. Odległości między atrakcjami przez kiepski stan dróg „wydłużają się”, co trzeba mieć na uwadze przy planowaniu wypadu w te rejony.

Generalnie jest tanio. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę, że przeciętny Laotańczyk zarabia ponad 5 razy mniej od Polaka, co zmienia lekko punkt widzenia. Dla przykładu: zupa/ryż – 10 – 20 k; paczka papierosów – 3 – 8 k; bagietka z mięsem i warzywami – 10 k; butelka wody 1,5 l. – 5 k; butelka pepsi – 10 k. Warto wspomnieć, że najdrobniejszą walutą jest 1 k, więc przy takich zarobkach jest to bardzo duże zaokrąglanie. Bardzo mi się to podoba (uważam, że nasze miedziaki powinny zniknąć przy obecnej wartości pieniądza). Obecny kurs to około 2 k za 1 PLN.

Dominującą religią jest buddyzm – około 65 %, lecz drugie w kolejności są plemienne wierzenia szamanistyczne – ponad 30 %.