Park.

Kurytyba – stolica brazylijskiej Polonii

Kolejnym naszym celem po Rio de Janeiro jest stolica brazylijskiej Polonii – Kurytyba. Żyje tu 400 000 osób polskiego pochodzenia. W całym stanie Parana osób z polskimi korzeniami jest około dwóch milionów. Ludzie emigrowali tu w XIX w., bo nowo przybyłym Europejczykom Brazylia miała do zaoferowania ilości terenów, o jakich mogli tylko pomarzyć na Starym Kontynencie. Kolejna fala migracji miała miejsce na początku XXI w., gdy masy ludzi uciekały z Europy przed wojną. I tak w stanie Parana można spotkać sporo miasteczek typowo polskich, niemieckich, ukraińskich, czy włoskich. Zakładano też polskie szkoły i próbowano kultywować rodzime tradycje. Wszystko to skończyło się pod koniec lat 30-tych, kiedy rozpoczęto proces nacjonalizacji i zamykano wszystkie szkoły, w których nauczano innego języka niż portugalski. Po wojnie komunistyczne władze Polski nie interesowały się losem Polaków w Brazylii, więc kontakt z polskością przetrwał jedynie w tych rodzinach, w których rodzice poświęcali swój czas na naukę dzieci języka polskiego. Dziś widać, że było ich niewiele.

Naszą podróż do Kurytyby rozpoczonamy z perfekcyjnego miejsca. Zawdzięczamy to Sebastianowi, który z Rio zawiózł nas niedaleko Sao Paolo, gdzie spędziliśmy noc w apartamencie jego kolegi, a następnie poprosił swojego pracownika, aby podrzucił nas 200 km, na pierwszą stację za Sao Paolo. Kto podróżował autostopem, ten może się domyślać, ile czasu zajęłoby nam wydostanie się z Rio i SP – największego miasta świata. Sebastian był osobą, która podczas naszych czterech miesięcy podróży udzieliła nam najwięcej pomocy i poświęciła swój cenny czas i pieniądze, byśmy pobyt w Rio zapamiętali jak najlepiej. Jesteśmy Ci bardzo wdzięczni stary i mam nadzieję, że wkrótce się gdzieś ponownie spotkamy 🙂

Pożegnanie z Sebastianem.

Pożegnanie z Sebastianem.

Na stacji mamy utrudnione zadanie, bo po raz pierwszy próbujemy łapać stopa we trójkę. Ciąge jest z nami Ola, z którą zamierzamy rozłaczyć się w Kurytybie. W końcu łapiemy perfekcyjny autostop. Starszy facet zabiera nas do stolicy Parany, a Ola jedzie z nim dalej w kierunku Joinville. Wysiadamy dość blisko centrum, żegnamy się z nasza polską koleżanką i idziemy do hosta pod wskazany przez niego adres. Dzwonimy domofonem. Otwiera. My już wiemy. Nasz host to gej.

Wchodzimy do środka.

Następny.

Zapraszają nas do stołu, żebyśmy wspólnie zjedli popcorn. Atmosfera jest nieco hmm… niezręczna. Chłopcy myślę dość szybko domyslają się, że nie jesteśmy tej samej orientacji i rozmowa za bardzo nam się nie klei. Wkrótce kolega naszego gospodarza opuszcza mieszkanie i zostajemy we trójkę. Gabriel pyta nas skąd jesteśmy. Odpowiadamy, że z Polski. Chwali się, że zna jedno polskie słowo. Domyślamy się, że znów standardowo usłyszymy łamane ‚dzień dobry’ albo ‚dziękuję’, jednak z grzeczności z uśmiechem na twarzy pytamy jakie?

– ‚ROBIĆ LODA’

Takiej odpowiedzi się nie spodziewaliśmy. Pod pretekstem potrzeby kontaktu z rodziną idziemy ochłonąć do swojego pokoju. Olek całą sytuację podsumowywuje jednym zdaniem: ‚Wylądowaliśmy w domu szatana’.

Szykujemy się do wyskoczenia do centrum na miasto. Z grzeczności pytamy Gabriela, czy nie chce iść z nami. Zgadza się… Postanawia nawet poprowadzić wycieczkę i pokazać nam ALTERNATYWNE części miasta. Pominę tą wycieczkę milczeniem. Napiszę tylko, że czułem się, jakbym spacerował po jakiejś najbardziej lewicowo-tolerancyjnej dzielnicy Berlina. Słyszeliśmy, że Kurytyba przypomina miasta europejskie, ale nie mieliśmy pojęcia, że chodzi o najbardziej zgniłe metropolie Europy Zachodniej.

Kurytyba. Tak bardzo europejska.

Kurytyba. Tak bardzo europejska.

Nastepnego dnia postanawiamy zmienić strategię. Idziemy zwiedzać miasto sami, bez naszego (hmm…) nietypowego przewodnika. Udajemy się do parku Jana Pawła II. Park ten jest memoriałem dla Polonii w Kurytybie. Znajduje się tu skansen, ze starymi chatkami, ukazujący życie pierwszych polskich osadników. Na ścianach wisi poczet królów polskich. Możemy zobaczyć jak wyglądała przykładowa izba czy warsztat gospodarza. Trafiamy na czas pomiędzy świętami, a Sylwestrem, więc jest też pięknie ozdobiona szopka z życzeniami w języku polskim. Niestety pogoda w Kurytybie słynie z częstych deszczów i nie inaczej jest podczas naszego pobytu. Skrywamy sie w jednej z chatek i czekamy na chwilę, kiedy osłabnie deszcz.

Wnętrze chatki pierwszych polskich osadników.

Wnętrze chatki pierwszych polskich osadników.

Z parku udajemy się prosto do pobliskiej restauracji, znanej na całą Kurytybę – Pierogi del Tadeo. Jak sama nazwa wskazuje, jest to miejsce, w którym jak zapewnia TripAdvisor zjemy najlepsze pierogi w całej Brazylii. O tej chwili marzyliśmy już podczas rejsu na Oceanie Atlantyckim, a pierogi pojawialy się przed naszymi oczami za każdym razem, kiedy bylismy głodni, a nie mieliśmy co jeść. Drzwi do restauracji otwiera nam żona właściciela i czym prędzej zamawiamy 2 porcje naszych ulubionych pierogów ruskich. Niestety. Na miejscu okazuje się, że kupić można jedynie zapakowane pierogi z lodówki, do odgrzania we własnym domu. Z racji tego, że nasz dom jest na oko jakieś 7 000 km stąd bierzemy panią sprzedawczynię na litość. Opowiadamy o naszej podróży i chyba historia robi na niej wrażenie, bo zgadza się na zrobienie nam solidnej porcji pierogów, ze skwarkami i tłuszczem. Woła też swojego męża Tadeusza i częstuje domowymi wypiekami. Wszystko to jest tak pyszne, że nie sposób tego opisać.

Wymarzone pierogi!!!

Wymarzone pierogi!!!

Po zjedzonym posiłku Tadeusz zabiera nas na wycieczkę po mieście. Jest prawdziwym celebrytą i zna go tu każdy. Pokazuje nam ciekawe miejsca w Kurytybie i odwozi do centrum. Chcemy temu miastu dać jeszcze jedną szansę. I całe szczęście, bo okazuje się być naprawdę normalne, o ile nie zwiedza się miejsc ALTERNATYWNYCH. To co rzuca się najbardziej w oczy to czystość i masa zieleni. Kurytyba jest jednym z najbardziej zielonych miast w Brazylii.

Park. Jeden z wielu w Kurytybie.

Park. Jeden z wielu w Kurytybie.

Spędzamy ostatnią noc u naszego hosta, którego próbujemy zrozumieć i zaakceptować jednak bezskutecznie. Podczas wieczornej rozmowy i popijaniu cachacy opowiada nam o swoich klubowych igraszkach podczas jego wojaży po Europie. Nie byłoby najgorzej, gdyby nie ubarwiał historii pikantnymi szczegółami. Dla nas to za dużo. Z samego rana 29 grudnia pakujemy plecaki i ruszamy w stronę Florianopolis, by spędzić na tej pięknej brazylijskiej wyspie Sylwestra i przywitać Nowy Rok.