Kambodża

Wjeżdżając do 16 mln Kambodży nie mam pojęcia czego mogę się spodziewać. Jedni mówią, że to najlepszy kraj oraz że zakocham się w ludziach i klimacie. Ci bardziej sceptyczni twierdzą, że warto tu zobaczyć tylko Angkor Wat i jechać dalej. Mapę z punktami wartymi odwiedzenia mam już przygotowaną, więc czas przekroczyć granicę i przekonać się na własnej skórze co Kambodża ma do zaoferowania.

Granica Laotańsko Kambodżańska ma niechlubne miano najbardziej skorumpowanego przejścia granicznego. Na facebook’u mogliście przeczytać o przygodach Maćka i ekipy mu towarzyszącej na tym etapie podróży. W pełni popieram postawę stanowczą i walkę o swoje prawa, lecz z drugiej strony cieszę się, że w tym nie uczestniczyłem. Powód jest prosty – kończące się strony w paszporcie. Mam zamiar zaraz aplikować o wizę do Chin, gdzie jest jasno napisane, że w paszporcie wymagane jest 6 stron pustych pod rząd. Gdybym dostał pieczątkę w sam środek jak oni, mógłbym stracić nie 3 godziny, a 3 miesiące na wyrobienie nowego dokumentu.

Na granicy mijam grupkę białasów. Dumnie oświadczają mi, że byli wystarczająco cierpliwi i nie opłacili przymusowej łapówki. Ja w pierwszym okienku zdaję sobie sprawę, że straciłem kartkę daną mi przy wjeździe za co czeka mnie kara 5 $. Dalej wraz z aplikacją o wizę podaję paszport i 30 $ do okienka. Po informacji, że celnik chce ode mnie 35 $ (tak ściągają haracz od każdego) zabieram dokumenty i odchodzę. Po paru minutach i krótkiej rozmowie o niczym z Izraelczykami wracam do okienka. Daję aplikację i 30 $, oraz mówię, że wiza właśnie tyle kosztuje. Potem widząc mocno niezadowolonego  pracownika dodaje paszport z 5 $ włożonymi  w stronę na której oczekuję wlepki. Informuję jasno za co jest ta dodatkowa opłata. On dopytuje mnie już bardzo miło jeszcze 2 razy, czy na pewno na tej stronie życzę sobie wizę.

Tak niestety „działa” ten kraj i łapówka jest tutaj na porządku dziennym wymagana. Natomiast złapanie autostopu pomimo nikłego ruchu okazuje się proste i jadę w miniwanie, zajadając ryż od żony kierowcy. Zatrzymuje nas policja i każe tym z przodu wysiąść. Oni wyciągają portfel i rozdają wojskowym i policji banknoty, a wygląda to jakby Pani w szkole rozdawała dzieciom cukierki. Niecałą godzinę jazdy dalej mamy kolejną kontrolę. Tym razem policjant każe tylko zwolnić i wyciąga rękę, po czym dostaje przez okno wyczekany papierek bez zbędnego zatrzymania pojazdu. Kilkanaście km dalej tym razem musimy zgasić silnik. „Tajniak” zajeżdża nam drogę, wychodzi i negocjuje jak najwyższą cenę. OK – możecie jechać dalej. Teraz to już naprawdę nie wiem, czy to jest ktoś ze służb, czy jakaś lokalna mafia.

Preah Vihear

Dojeżdżam do punktu spotkania z Termometrem skąd ruszamy na północ do Preah Vihear. Znajduje się tam stara świątynia Khmerów, która położona jest przy samej granicy z Tajlandią (Tajowie roszczą sobie do niej prawa). W latach 2008-2011 doszło do konfliktu w tym regionie pomiędzy tymi państwami. Padło „kilka” strzałów, zginęło kilkudziesięciu ludzi, ale świątynia pozostała po stronie Kambodżańskiej. Dzisiaj można przejść się okopami przy granicy, oraz odwiedzić parę bunkrów.

Świątynia Prasat Preah Vihear jest ładna, ale i droga. Wstęp do niej kosztuje 10 $, a austostop można złapać praktycznie tylko na motorze. Wjazd na górę to 500 m przewyższenia i 6 km spaceru. W tych upałach lepiej wystawić kciuka i zatrzymać żołnierza na skuterze. Usiąść niewygodnie można we 3 osoby, lecz na stromych podjazdach maszyna taka wymięka.

Siem Reap / Angkor

Do Kambodży przyjeżdża się przede wszystkim dla kompleksu Angkor. To stare miasto budowane w X – XII w. uznawane jest za największą aglomerację z czasów przedindustrialnych. Zamieszkane było przez 1 mln ludzi, co stanowiło ówcześnie 0,1% populacji całego globu. W tamtych czasach imperium Khmerów zajmowało tereny Laosu, Wietnamu i Tajlandii (wliczając Bangkok). Była to cywilizacja bardzo rozwinięta, co można zauważyć gołym okiem.

Siem Reap to natomiast nowe miasto położone przy ruinach Angkoru. Gromadzą się tu tłumy turystów – siedzą w hostelach i wygrzewają się w basenach w przerwie od zwiedzania. My idziemy do monastyru i bez problemu dogadujemy się z mnichami na parę dni noclegu. W mieście natomiast spotykamy się z resztą ekipy, która teraz powiększyła się na chwilę o Paulinę i Mateusza. Mamy inne plany na zabytki, więc odwiedzamy kompleks Angkor osobno.

Najbardziej popularna forma zwiedzania jest poprzez wynajęcie tuk tuka. Dogadujesz się z lokalnym kierowcą, a on zawiezie Cię gdzie chcesz (tak robi nasza ekipa). Popularne jest też używanie roweru do przemieszczania się pomiędzy obiektami, ale my decydujemy się na skuter, który wydaje się być najbardziej efektywny przy tak upalnym klimacie. Po krótkich negocjacjach dogadujemy się na najbardziej zdezelowaną maszynę w mieście za jedyne 7$/dzień.

Kompleks Angkor to ponad 400 km kwadratowych powierzchni, a dwie proponowane trasy opierają się na „dużym i małym kółku”. Warto jednak sprawdzić, gdzie w danym czasie przebywać będą tłumy. Można je ominąć poprzez dobre informacje z internetu. Trzeba trochę pogrzebać lecz warto, bo każdego dnia w tym miejscu przebywa około 7 000 turystów, choć czasem można odczuć wrażenie, że jest ich jeszcze więcej. Dobrze manewrując, można być w zabytku nawet samotnie.

W pozostałościach bezprecedensowo górują świątynie. Były one budowane w stylu hinduskim, lecz ze zmianą religii w społeczeństwie ludzie dodawali elementy buddyzmu. Na szczęście zostały one usunięte i można podziwiać ruiny takimi, jakimi powinny być. Podsumowując: droga impreza (140 $/dzień), ale warto.

Pływająca wioska – Kampong Luong

Niedaleko Siem Reap znajduje się jezioro, które jest duże albo bardzo duże w zależności od pory roku. Potrafi ono powiększyć swoją powierzchnię ponad 4 krotnie z około 2,5 tys. w porze suchej do ponad 10 tys. km kwadratowych w porze mokrej. Głębokość może się wahać równie dynamicznie z 1-3 m do nawet 12 m. Na tym jeziorze ludzie pobudowali sobie pływające wioski. Te popularne są właśnie w okolicach Siem Reap, ale my jedziemy spory kawałek dalej autostopem, by dotrzeć do tej mniej odwiedzanej.

Po drodze zahaczamy jeszcze o miasto Battambang na dzień relaksu i docieramy pod Krakor. Jeździmy 4 +2, gdyż autostop w 6 osób nie jest najszybszy i można na próbach stracić sporo czasu. Dojeżdżamy, spotykamy się, jemy obiad, pijemy piwo, idziemy do monastyru, kąpiemy się, śpimy, wstajemy, zostawiamy mnichom plecaki i ruszamy na zwiedzanie.

Tym razem podwózka w 6 osób nie jest problemem. Na butelkach wody dojeżdżamy do portu (zdjęcie na samej górze). Targujemy trochę lepszą cenę i za 24 $ bierzemy łódkę ze sternikiem na dwie godziny. Wioska okazuje się być małym miasteczkiem. Domy unoszą się na bambusach przymocowanych do pali, są one kolorowe i żywe. Dziewczynka w miednicy wiosłuje do szkoły, w pływającym kościele właśnie trwa msza, a unoszący się na wodzie sklep oferuje nam piwo w dobrej cenie. Jest tutaj nawet stacja benzynowa i wiele różnych warsztatów, a życie toczy się własnym tempem. Jezioro nie tylko wypycha konstrukcje do góry, ale w tej samej wodzie ludzie kąpią się, załatwiają do niej, a nawet ją piją (fuj).

Phnom Penh

Wjeżdżając do stolicy mamy główny cel – wiza chińska. Wnioski przygotowaliśmy pieczołowicie już w Battambang, lecz po ostatnich zmianach w prawie mamy małe wątpliwości. Na szczęście wszystko idzie gładko i po 4 dniach i opłacie 30$ odbieramy paszporty z upragnioną wlepką. W tym czasie nie siedzimy na czterech literach, lecz odwiedzamy m.in. dwa najlepsze muzea w mieście.

Pol Pot doszedł do władzy w Kambodży przekonując ludzi na swoją stronę i obiecując utopię komunistyczną. Zdobył stolicę siłą i w latach 1975 – 1779 wprowadził swój reżim. Jego indoktrynacja jednak nie była zbyt skuteczna, wiec zaczął likwidować swoich przeciwników. W niecałe 4 lata wbił się na pierwsze miejsce jako największy zbrodniarz przeciw własnemu ludowi. Według różnych informacji podaje się, że zlikwidował 1,7 mln (wikipedia), lub 3 mln (muzeum) ludzi. Stanowiło to w tym czasie prawie 20 % (wikipedia), lub 25 % (muzeum) populacji.

Pierwsze muzeum, opowiadające o tej zbrodni i do którego się udajemy znajduje się w dawnej szkole. Jest to byłe liceum, które po przejęciu przez Pol Pota władzy zostało przekształcone w miejsce przesłuchań. W salach lekcyjnych do dziś znajdują się łóżka, na których zwykle niewinni ludzie zmuszani byli do przyznania się bycia winnym. Można tu znaleźć m.in. zdjęcia ciał przymocowanych do krat, narzędzia i maszyny tortur, można przejść się po salach, odwiedzić cele, czy dowiedzieć się jak na trzepaku szkolnym czerwoni Khmerzy dawali popis okrutności. Warto dopłacić za audio-przewodnika i podczas spaceru słychać opisu poszczególnych elementów obozu.

Egzekucja zazwyczaj odbywała się kilka km dalej. Ludzie przywożeni w to miejsce w autobusach byli mordowani przeważnie pałkami i młotkami, gdyż amunicja była zbyt droga. Do masowego grobu można było trafić nawet za zerwanie banana z drzewa. Za takie przewinienie mordowane były także dzieci osoby popełniającej takie wykroczenie, gdyż mogłyby one próbować zemsty w przyszłości. Najwyraźniej było to skuteczny, gdyż Pol Pot został odsunięty od władzy w 1979 r przez Wietnamczyków, dostał poparcie m.in. USA, UK i całego ONZ. Dożył w dostatku 73 lat.

We trójkę

Jeszcze w Phnom Penh spotykamy przez przypadek Tomka. Poznaje nas po naszej rozmowie w języku polskim i podbiega porozmawiać z rodakami. Jest to na pozytywny człowiek, z którym chętnie dzielimy kolejnych parę dni podróży.

Udajemy się do turystycznego Kep, w którego okolicach udajemy się do jaskini i sekretnego jeziora. „Korzeń” (Tomek) znajduje dętki do pływania, podczas gdy my relaksujemy się na hamakach. Jest to idealne miejsce do odprężenia się. Już bliżej miasteczka znajduje się targ krabów, gdzie kosztujemy nowych smaków. Najbardziej przypadają mi do gustu ośmiorniczki i płyn którym je zapiliśmy. To ostatnie posmakowało całej naszej trójce i skończyliśmy noc wdrapując się na kontener przy morzu.

Przemierzamy wspólnie jeszcze kilkanaście kilometrów zahaczając o plażę. Tutaj jednak czas się pożegnać. Termometr z Korzeniem jadą na rajskie wyspy. Mnie ta opcja mniej interesuje, więc wybieram się na tułaczkę po małych miasteczkach – z dala od turystów.

Drogi boczne różnią się rzecz jasna od tych głównych. Nie zawsze jest tam asfalt, lecz jakość wcale nie jest aż tak zła, jak się tego wcześniej spodziewałem. Ludzie natomiast są jeszcze milsi i bardziej uśmiechnięci.

Najbardziej będę wspominał z tego okresu historię z jednej świątyni. Siedzę koło już rozłożonego namiotu w głównej hali. Duży Budda na mnie zerka, a wokół mnie siedzi gromadka mnichów – dzieci. Proszą mnie o opowiedzenie im swojej historii, lecz większość z nich nie rozumie nic. Paru z nich załapuje co 10 słowo, ale nie ma to znaczenia. Ja mówię swoje, a one z otwartymi ustami słuchają. W między czasie, co chwila przychodzi jakiś inny mnich z reklamówką, a po 15 minutach mam chleb, ciastka, drożdżówki, 6 butelek wody, sprite’a i coca colę. Chcę częstować tym dzieciaki, ale one nie mogą jeść nic po godzinie 12. Nie mogę też odmówić, bo widzę w ich oczach, że byłoby to niegrzeczne.

Podsumowanie

Autostop działa świetnie. Zdarzają się taksówkarze, którzy za wszleką cenę chcą wyciągnąć od Ciebie pieniądze, ale jest to rzadkość. Ludzie już w większości wiedzą na czym polega podwiezienie kogoś przy okazji. Warto jednak spytać dla pewności przy wsiadaniu.

Ludzie w Kambodży wyzysk turysty mają we krwi. Bardzo często będą próbować nawet podwoić cenę, co dotyczy niemal wszystkiego. Warto jednak wspomnieć, że nawet jak Cię oszukują to są przy tym uśmiechnięci. Jak zostaną nakryci na oszustwie to na ich twarzy pojawia się mina „uhh, ale zje^^łem, czekaj, czekaj, teraz mam już dobrą cenę”. Robią to z takim optymizmem, że nawet ciężko się na nich gniewać.

Od pierwszego momentu wjazdu zauważyłem, że ludzie się bardzo uśmiechają. Dodatkowym plusem jest to, że bardzo dużo z nich mówi po angielsku. Oczywiście nie z każdą Panią w spożywczaku rozwiniemy rozmowę na tematy wielkiego wybuchu, czy roli mitochondrium w komórce, lecz ogólna komunikacja jest bardzo skuteczna.