Jachtostopem przez Atlantyk

Z samego rana w środę, 25-go listopada, udajemy się z żoną kapitana na ostatnie zakupy, głównie po owoce i napełnienie butli z gazem. Żegnamy się też z naszymi znajomymi żebrakami z Mindelo i robimy ostatnie poprawki na łodzi przed wyruszeniem w rejs. Montujemy też na naszym katamaranie siatkę na owoce, by mogły dojrzewać w pełnym słońcu podczas żeglugi przez ocean, co okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Owoce są tak pyszne, że po 4 dniach kapitan musi wprowadzić na nie limity i ograniczyć ich spożycie. Od teraz pełnię władzy przejmuje nad nimi jego żona Irene.

Wszyscy czytają. Owoce dyndają

Wszyscy czytają. Owoce dyndają

Rejs przez Atlantyk z Cape Verde do Salvadoru jest nieco trudniejszy, niż przeprawa na Wyspy Karaibskie. Poza samym oceanem mamy jeszcze do przekroczenia równik. Nie ten geograficzny znany z map i globusów, tylko naturalny, który jest strefą pomiędzy północno – wschodnimi i południowo – wschodnimi pasatami. Nie ma tu co liczyć na jakiekolwiek wiatry i duże prędkości. Dodatkowo nie możemy zrobić tego wcześniej, niż przed 29-tym południkiem zachodnim. Wtedy zamiast do Salvadoru ściągnęłoby nas w okolice Gujany Francuskiej lub Surinamu.

Zgodnie z tymi zaleceniami nasz rejs rozpoczynamy opływając wyspę Sao Vicente i kierując się centralnie na południe. Pierwszego dnia dzielimy wachty. Kapitan jest z Olkiem, a ja z jego bratem Jackie’m, który dołączył do naszej załogi dwa dni temu. Czuwanie wygląda podobnie jak w drodze na Wyspy Zielonego Przylądka, z tą różnicą, że bez podsypiania i słuchania muzyki. Pierwsza wachta trwa od kolacji (zazwyczaj 21) do połnocy i od 3 do 6 rano. Druga od północy do 3 i od 6 do pobudki reszty załogi (najczęściej około 9). Kapitan sztorcuje nas od samego początku, jednak już pierwszej nocy wychodzi szydło z worka. Serge przesypia prawie całą noc, a jego brat jęczy z senności jakby był obdzierany ze skóry. Tak to wygląda już do końca rejsu, więc praktycznie całe wachty czuwamy tylko ja i Olek. Kapitan i jego brat nie dają rady wstawać nawet o szóstej i zamiast z nimi, pełnimy ją z Irene. Jest to zatem dla nas najprzyjemniejsza zmiana ze wszystkich, bo kapitanowa oprócz tego, że zawsze wyciska nam sok z dojrzewających pomarańczy, przygotowuje także wszystko na śniadanie, z kawą włącznie. Te ostatnie trzy godziny mają jednak wielką wadę: dłużą się najbardziej ze wszysykich i ciężko wytrzymać do końca.

Poranna witaj zmiano! Jest kawa, jakoś się dojedzie do końca.

Poranna witaj zmiano! Jest kawa, dam radę 😉

Najciekawsza wachta przypada mi w nocy z 5-go na 6-go grudnia. Nigdy za dzieciaka nie udało mi się wytrzymać bez zaśnięcia, żeby zobaczyć św. Mikolaja. Pamiętam jak jednego roku zazdrościłem tacie, kiedy powiedział mi, że widział go jak był w nocy z prezentami i nawet zapalił z nim szlugę. Co prawda fajki rzuciłem dwa miesiące temu (mamy zakład z Olkiem, że jeśli do końca wyjazdu nie zapalę papierosa, to kupuje mi 20 butelek wódki), ale z chęcią bym się z nim spotkał i pogadał chociaż kilka minut. Postanawiam więc, że choćby nie wiem co, to w tym roku wypatrzę skurczybyka. I tak całą noc zamiast statków i jachtów wypatruję św. Mikołaja. Poddaję się dopiero około godziny 9 nad ranem, jednak ciągle mam cichą nadzieje, że i tym razem był sprytniejszy ode mnie i zostawił jakiś prezent pod poduszką. Niestety zarówno Olek, jak i ja, nie znajdujemy totalnie nic, co jest o tyle dziwne, ze przez cały rok byliśmy grzeczni, a nawet bardzo. Mikołaj nie pojawił się nawet na naszych kontach bankowych, więc drogie dzieci, nie wierzcie w św. Mikołaja! 😉

Wypatrując Mikołaja.

Wypatrując Mikołaja.

Wracając jednak do rejsu. Przez pierwszych kilka dni mamy sprzyjający północno – wschodni wiatr, który pcha nas z prędkością 12 węzłów na południe. Jednej nocy osiągamy rekordową szybkość 18.1, która jest większa niż prędkość krytyczna katamaranu, przez co natychmiast redukujemy wysokość żagla o połowę. Tempo jest na tyle szybkie, że już piątego dnia wpływany do strefy tropikalnej, w której z nienacka występują deszcze tak obfite, że woda leje się jak z wiadra. Kapitan korzysta z tych okazji i przy większych ulewach bierze taki deszczowy prysznic na siatce katamaranu. Wyobraźcie sobie, jak bardzo nie chce się wstawać o 3 w nocy w taką tropikalna ulewę, żeby przez 3 godziny, patrzeć w ocean, na którym praktycznie nic się nie dzieje.

A wkrótce dzieje się jeszcze mniej, bo wpływany w ZIC (naturalny równik) i prawie przestajemy się poruszać. Nie pomaga nawet spinaker (specjalny wielki żagiel dla bardzo słabych wiatrów). W końcu kapitan się poddaje i wspomagamy się kilka godzin silnikiem, przy okazji generując wodę i prąd dla naszego katamaranu. Naturalny równik pokonujemy po dwóch dniach, a geograficzny 8-go dnia w nocy. Specjalnie na tę okazję wstaję 10 minut przed jego przekroczeniem i w wielkim napięciu oczekujemy magicznego 00.00.000 na naszym GPSie. W końcu pojawia się dokładnie o 3:50. Robimy sobie z Olkiem selfie i wracamy do swoich zajęć: Olek do wachty, ja do dalszego spania. Niestety przekroczeniu równika nie towarzyszą żadne fajerwerki. Nie ma kontroli, nikt nie wymaga paszportu, nie jest potrzebna wiza, a ludzie na półkuli południowej nie spadają w otchłań, tak jak to sobie wyobrażałem 20 lat temu. Zmieniają się natomiast gwiazdy, których nie widać na półkuli północnej, oraz kierunek wirowania wody w zlewie (pomyślcie chwilkę, dlaczego tak się dzieje ;)).

Jest równik! :)

Równik zdobyty! 🙂

Podczas rejsu żona kapitana przygotowuje wyśmienite lunche i kolacje, za którymi na pewno będziemy tęsknić. Na 65-te urodziny Jackiego, które obchodzimy 3-go dnia, Irene piecze pyszne ciasto bananowe, a pod koniec wyprawy zaczyna uczyć się wypiekać pierwsze chleby (o jak dobrze włożyć taki ciepły chlebek do ust po 10 dniach jedzenia sucharów). Podczas, gdy z kuchni dobiegają nas pierwsze zapachy przyrządzanej kolacji, kapitan przygotowywuje aperitif, w czasie którego możemy próbować różnych alkoholi, które nam serwuje. Francuzi są ekspertami, jeśli chodzi o wino, jednak przy mocniejszych procentach ich gust zdecydowanie szwankuje 😉 Ichniejszy pastice, którym nas częstuje daje szybko się we znaki. Odbija mi się tym przez całą nocną wachtę, a smak tego ‚trunku’ przechodzi dopiero rano. Drugi raz cierpię, kiedy Irene do kolacji chce dodać nieco grogu, który pozostał nam z Cape Verde. Jedzenie wygląda na przepyszne, jednak kapitanową ponosi fantazja i wlewa tam tyle gorzały, że krzywi się nawet Olek. Jeden jedyny raz nie zjadam czegoś do końca, a ze skończeniem posiłku problem ma cała załoga. Tego wieczoru pierwszy raz nikt nie prosi o dokładkę.

Jemy zawsze całą załogą.

Jemy zawsze całą załogą.

Z bólem serca stwierdzam też, że latające ryby przestają nas lubić. Zamiast latać sobie spokojnie nad taflą wody, postanawiają z nami stoczyć walkę. Pierwszy raz zaatakowany zostaje Serge, który przyjmuje cios na biodro. Godzinę później zza kokpitu wychylam się ja i dostaję rybi strzał prosto w nos. Na szczęście okulary po tym ataku nadal są całe, bo gdyby tylko pojawiła się na nich choć jedna ryska, mielibyśmy prawdziwą wojnę. Z wodnych stworzeń podczas żeglugi spotykamy jeszcze po raz pierwszy wieloryby, które głośno dysząc podpływają do nas na niebezpiecznie bliską odległość. Kapitan szybko się ewakuuje, tłumacząc nam, że wieloryby z ciekawości mogą trącić jacht nie wiedząc co to jest, co może skończyć się pęknięciem naszego katamaranu, a tego nikt z nas nie chce. Szczególnie na środku oceanu.

Jackie i rybi trup. 2:1 dla zwierząt, ale odrabiamy straty!

Jackie i rybi trup. 2:1 dla zwierząt, ale odrabiamy straty!

Rejs z biegiem czasu zaczyna dłużyć nam się niemiłosiernie. Każdy dzień wygląda tak samo jak poprzedni. Jesteśmy zamknięci na jakiś 30 metrach kwadratowych, a dookoła jest tylko woda. Po tylu dniach nie ma już nawet zbytnio o czym rozmawiać, więc jak tylko nadarza się okazja, kładziemy się spać albo czytamy książki, żeby nie zwariować. Na dodatek pomimo małej odległości od Salvadoru, rejs zaczyna sie wydłużać jeszcze bardziej, ze względu na bardzo słaby wiatr wiejący na domiar złego zza pleców, przez co musimy co jakiś czas taklować. Tym razem jednak kapitan Sergio jest nad wyraz spokojny, co jest prawdopodobnie zasługą obecności na pokładzie jego młodszego o dwa lata brata. Wspomagamy się także specjalnym żaglem do tylnich słabych wiatrów – genakerem, który poza tym, że trochę nas przyśpiesza, ozdabia nasz katamaran swoimi pastelowymi kolorami. Zachody słońca wyglądają przy nim naprawdę bajecznie.

Zachód słońca ze spinakerem

Zachód słońca ze spinakerem.

W końcu, 14-go dnia rano, najwyższe wieżowce odsłaniają na horyzoncie kontury swoich ostatnich pięter, by po kilku godzinach zaprezentować nam się w całej okazałości. Miasto z daleka wygląda na bardzo bogate i czyste. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia na jego tle i równo po 2 tygodniach rejsu stawiamy pierwsze kroki w Ameryce Południowej. Udaje nam się zrobić coś, na co często nie decydują się nawet doświadczeni żeglarze. Pomimo, że przepłynięcie Atlantyku to duże wyzwanie i spory wysiłek, my nie żałujemy ani trochę.

Olo podziwia.

Olo podziwia.

Marzenie o dotarciu tu bez wydawania złotówki na transport i pokonaniu oceanu jachtostopem właśnie zostało spełnione. Nie ma rzeczy niemożliwych. Pamiętajcie!

[A co spotkało nas w Salvadorze? To już inna para kaloszy. Już za kilka dni pierwsze posty z Ameryki Południowej!]