Jachtostop na Wyspy Zielonego Przylądka

W tym roku 1 listopada jest dla nas naprawdę wyjątkowy. O 8 rano budzi nas łomotanie do drzwi naszego pokoju. Ze snu próbuje wyrwać nas kapitan, który właśnie ściągnął najnowszą prognozę pogody na najbliższe kilka dni. Ma dla nas wiadomość: Mamy idealne warunki, nie czekamy do poniedziałku, płyniemy dzisiaj, a właściwie za 3 godziny!

Czym prędzej chwytamy za telefony i informujemy nasze rodziny i najbliższych, że wkrótce wypływamy i przez kilka dni nie będzie z nami żadnego kontaktu. Bierzemy też ostatnią kąpiel i w pośpiechu przygotowujemy łódź do rejsu. O godz. 10 kapitan odpala silniki, a my zwijamy liny i chowamy fendery, by po kilku chwilach już na otwartym morzu stawiać żagle i łapać wiatr w kierunku Wysp Zielonego Przylądka.

Pierwszy zachód słońca w czasie rejsu do Afryki

Pierwszy zachód słońca w czasie rejsu do Afryki

Rejs zaczynam od wzięcia tabletki, którą daje mi żona kapitana. Nie pamiętam jej nazwy i ciężko wypowiedzieć mi się na temat jej skuteczności, jednak fakt faktem, te 6 dni żeglugi przebiega bezobjawowo. Pomimo silnych wiatrów (7 stopni w skali Beauforta) i wysokich fal prawdopodobnie obywa się bez żadnych oznak choroby morskiej dlatego, że zarówno wiatr, a tym samym i fale mamy od tyłu, dzięki czemu katamaran bardziej surfuje, niż skacze jak oszalały bryzgając wodą po całym jachcie.

Pomimo wcześniejszego rejsu z Gibraltaru do Las Palmas z poprzednim kapitanem oraz dwóch krótkich: z Las Palmas do Santa Cruz i z Santa Cruz do San Miguel, jest to nasz pierwszy powazny rejs z naszym francuskim kapitanem. System pełnienia wacht wygląda następująco: kapitan pełni je ze swoją żoną Irene, ja natomiast jestem razem z Olkiem. Zmieniamy się parami co 3 godziny. W ciągu nocy mamy 2 wachty: od 21 do północy i od 3 do 6. Kolejnej nocy odwrotnie: od północy do 3 i od 6 do 9. Z początku jest łatwo, bo dogadujemy się z Olkiem, że pierwszą wachtę jeden z nas czuwa, podczas gdy drugi śpi, a później zmiana. Umilamy sobie też czas słuchając muzyki. Wszystko to kończy się w momencie, kiedy kapitan zauważa jak ułatwiamy sobie zadanie. Natychmiast wprowadza zakaz spania i zakaz słuchania muzyki. Przyjmujemy to z pokorą, choć bez muzyki jesteśmy bardziej ospali i mniej czujni. Z kapitanem jednak się nie dyskutuje. Tak zarządził i tak ma być.

Po całonocnej wachcie powoli przebijają się pierwsze promyki słońca.

Po całonocnej wachcie powoli przebijają się pierwsze promyki słońca.

Już od początku wiemy, że ciąży na nas duża odpowiedzialność. Zza pleców wieje dość mocny wiatr, przez co musimy uważać, żeby nie uderzył z całym impetem o żagiel od drugiej strony. Jest to o tyle niebezpieczne, że główny żagiel przy złapaniu wiatru z przeciwnej strony może przewrócić maszt, a tego, co by to dla nas oznaczało chyba nie muszę tłumaczyć.

I właśnie taka niebezpieczna sytuacja trafia nam się pewnej nocy. Śpimy sobie słodko z Olkiem w naszym pokoju, gdy o 2 godzinie Irene zrywa nas na równe nogi. Pędzimy na kokpit zobaczyć co się dzieje, gdzie zastajemy totalnie zdezorientowanego kapitana, niedziałające intrumenty odpowiedzialne za wskazywanie kierunku i siły wiatru, oraz brak oświetlenia na maszcie. Brak oświetlenia jest o tyle dla nas niebezpieczny, że nie widzimy bez pomocy latarki fizycznego wskazania kierunku wiatru oraz nie mamy świateł: zielonego i czerwonego, które są informacją dla innych statków w którą stronę płyniemy. Sytuacja jest nieciekawa, kapitan sam nie wie co ma robić (zamierzał taklować, ale bez znajomości kierunku wiatru jest to mocno utrudnione). I w tym momencie trzy razy dochodzi do uderzenia wiatrem o żagiel od drugiej strony. W Olka oczach widać lekkie przerażenie, które dodatkowo ubarwia komentarzem „On tu nas wszystkich zaraz pozabija”. Mimo strachu Olek jako jedyny zachowuje trzeźwość umysłu i podpowiada kapitanowi prawidłowy kierunek, w jakim powinien ustawić łódź, by móc bez problemu wykonać manewr taklowania. Ten jednak nie zwraca uwagi na podpowiedzi i robi dalej swoje kręcąc sterem na prawo i lewo bez opamiętania. Ja natomiast nie ogarniam w ogóle całej sytuacji i jedyne o czym marzę, to żeby jak najszybciej położyć się z powrotem do łóżka i móc ponownie zasnąć tym smacznym snem, z którego tak brutalnie zostałem wybudzony. Ostatecznie udaje się opanować całą sytuację, jednak jest już za późno by położyć się spać. Wybiła 3:00, a to oznacza, że teraz nasza kolej czuwania.

Instrumenty pod kontrolą. Nocna wachta to gapienie się na przemian w wodę oraz na wskaźniki. I tak po kilka godzin dziennie.

Instrumenty pod kontrolą. Nocna wachta to gapienie się na przemian w wodę oraz na wskaźniki. I tak po kilka godzin dziennie.

Kilka słów, jeśli jesteśmy już przy kapitanie. Pomimo całej sympatii jaką go darzymy, podczas rejsu okazuje się być strasznym cholerykiem. W czasie każdego manewru krzyczy jak oszalały na swoją żonę (na nas rzadziej, choć i to mu się zdarza). W skrajnych przypadkach jego krzyk potrafi wybudzać nas z głębokiego snu. Wtedy wiemy, że taklujemy. Później przyzwyczajamy się już na tyle, że nie robi to na nas większego wrażenia. Generalnie nie możemy jednak powiedzieć na jego temat złego słowa. Mamy na jego katamaranie naprawdę jak u pana Boga za piecem. Każdy ma jakieś wady, a wadą naszego kapitana jest po prostu brak opanowania i umiejętności pohamowania emocji. Poza tym jest bardzo sympatycznym 67 latkiem 😉

Wracając do rejsu. Do życia na otwartym oceanie na tak małej przestrzeni dość szybko się przyzwyczajamy. Podobnie jak do widoku ścigających się z nami delfinów. Niestety podczas rejsu nie spotykamy ani orki, której nie udało nam się uchwycić na zdjęciu, kiedy płynęliśmy do Las Palmas, ani żółwia wodnego, którego minęliśmy dosłownie kilka metrów podczas żeglugi na Teneryfę. Jest za to dryfujący po tafli wody plantkon i latające ryby. A właściwie cała ich masa. Co jakiś czas taka ryba wlatuje nam na kokpit. Nie chcąc patrzeć jak bezradnie trzepocząc skrzydłami konają na naszych oczach, próbujemy je ratować chwytając i wrzucając z powrotem do wody. Nie jest to wcale ani łatwe, ani przyjemne. Po pierwsze ciężko taką rybę w ogóle złapać z racji tego, że jest obrzydliwie śliska, po drugie nie bardzo się do tego garniemy, bo po każdej takiej akcji musimy szorować ręce, by pozbyć sie smrodu tych ryb z naszych dłoni. Nie wszystkie jesteśmy też w stanie uratować. Te, które lądują na siatce z przodu katamaranu nie mogą liczyć na naszą pomoc. Za bardzo cenimy swoje życie, by ryzykować je dla ratowania rybiego życia. Po jednej obfitej nocy mamy nad ranem na siatce 10 takich latających trupów, które zbieramy do wiaderka i jemy na obiad. Smakują całkiem nieźle, jednak walka z drobnymi ośćmi, które trzeba pieczałowicie wybierać odbiera całą przyjemność z jedzenia. Żeby pokrzepić serca wszystkim miłośnikom zwierząt, którzy zapewne wzdychają teraz nad losem skonsumowanych przez nas ryb, wspomnę w ramach rekompensaty o innym stworzeniu, któremu udaje nam się pomóc. Otóż w połowie drogi na dziobie naszego katamaranu ląduje totalnie wycieńczony lotem gołąb. Spędza z nami cały dzień, podczas którego odpoczywa i nabiera sił do dalszej drogi. Wieczorem, tuż przed zachodem słońca wyraźnie wypoczęty odlatuje w siną dal, załatwiając się przy okazji na nasz pokład, co trzeba przyznać, jest bardzo nietypowym sposobem odwdzięczenia się za gościnę i okazaną pomoc.

Obiad jak talala :)

Obiad jak talala 🙂

Jednak to nie zwierzęta podczas całego rejsu robią na nas największe wrażenie. Wbrew pozorom nie jest to też ogrom i bezkres oceanu, który zapewne wprawi nas w zdumienie dopiero podczas przekraczania Atlantyku, kiedy znajdziemy sie kilkaset mil od najbliższego lądu. To, co wprawia nas w osłupienie to niebo. Dokładnie. Nigdy nie widzieliśmy takiego nieba, bez ani jednej chmurki i z tak ogromną ilością gwiazd. Taki widok wręcz powala! Poza znajdowaniem krążących wokół ziemi satelit, podziwianiu drogi mlecznej i setek gwiazd, bawimy się w odnajdywanie na niebie Syriusza, gwiazdy polarnej, dużego i małego wozu, oraz innych wzorów, które pokazuje nam kapitan. Jednej nocy mamy prawdziwe szczęście. Z letargu co jakiś czas wybudzają nas błyski rozświetlające całe niebo. I nie są to bynajmniej błyski fotoradarów, ktorych na oceanie na szczęście nie ma. Są to spadające gwiazdy, które tej nocy spadają jedna za drugą! Jeśli spełnią się wszystkie życzenia, które tamtej nocy pomyślałem, to nawet nie chcę myśleć jak sielskie czeka mnie życie po powrocie do Polski 😉

Pełen relaks w oczekiwaniu na obiad

Pełen relaks w oczekiwaniu na obiad

Podziwiając niebo co jakiś czas mijamy też nieliczne jachty i większe statki, choć zdarzają się także i dni posuchy, podczas których jesteśmy na oceanie sami jak palec. Najbardziej ‚tłoczno’ (choć to za duże słowo) robi się w pobliżu wód Mauretanii i Senegalu. Z radia co rusz dobiegają nas odgłosy wygłupiających się murzynów, którzy nocą wypływają swoimi kutrami lub małymi łodziami rybackimi na połowy, by następnego dnia sprzedawać swoje świeżo złowione ryby na targu bądź na ulicy, co często jest dla tych ludzi jedynym źródłem utrzymania. A że jest to rejon dość obficie zarybiony, często na radyjku słyszymy też rozmowy Chińczyków. Z tego co udaje nam się dowiedzieć mają oni podpisane specjalne umowy z niektórymi państwami afrykańskimi, które dały im pozwolenia na połowy ryb na swoich wodach terytorialnych. Nie od dziś wiadomo, że teraz to Chińczycy kolonizują Afrykę, a to jest tylko jeden ze sposobów ich ekonomicznej kolonizacji.

Po ciężkiej nocce lekkie zmęczenie nad ranem

Po ciężkiej nocce lekkie zmęczenie nad ranem

7-go dnia rejsu z samego rana budzi nas Irene. Nareszcie na horyzoncie pojawia sie ląd! Wstajemy czym prędzej podziwiać pierwszą wyspę Santo Antao,  zza której wyłania się kolejna – Sao Vicente. Jest to nasz punkt docelowy. Zawieszamy na maszcie kurtuazyjną flagę Wysp Zielonego Przylądka, na których wody właśnie wpłynęliśmy i zmierzamy w stronę Mindelo (jedynej mariny na całym archipelagu). Po drodze podziwiamy piękne widoki, mijamy malutkie wysepki na których nie wiadomo kto i nie wiadomo po co wybudował niewielkie fortyfikacje oraz zachwycamy się seledynowym kolorem wody.

Docieramy na Wyspy Zielonego Przylądka. Widać pierwsze wyspy, a na jednej z nich małą fortyfikację.

Docieramy na Wyspy Zielonego Przylądka. Widać pierwsze wyspy, a na jednej z nich małą fortyfikację.

7-go listopada, równo po sześciu dobach spędzonych na oceanie, w końcu cumujemy do portu. Z pobliskiego baru dobiega do nas grana na żywo muzyka, gdzieś w oddali słychać zarzynaną na ulicy przez tubylców świnię, a w tle widać kolorowe domki z czasów kolonialnych. Szybko uświadamiamy sobie, że trafiliśmy do całkiem innego świata i czym prędzej zabieramy się za mycie pokładu, by jak najszybciej skończyć nasze obowiązki i móc ruszyć odkrywać to mało znane afrykańskie państewko.

Docieramy na Wyspy Zielonego Przylądka!

Docieramy na Wyspy Zielonego Przylądka!

[W następnym wpisie kilka słów o autostopie, życiu na wyspach i o cenach, które odstraszają turystów przed przyjazdem na Cape Verde. Dowiecie się też gdzie byliśmy, co zobaczyliśmy, kogo poznaliśmy i jak okradziono Olka. Do usłyszenia!]