Jachtostop do Azji – życie bezdomnego jachtostopowicza

Zmiana kontynentu jak zwykle w mojej głowie sprawia wrażenie jakbym wchodził w kolejny etap podróży. Zamiast autostopu przyszedł czas na jachtostop. Tym razem mamy już dużo większe doświadczenie i wiemy jak się za to zabrać od początku.

Po pierwsze trzeba się zdecydować, gdzie zacząć. Możliwości pojawiają się dwie: Cairns i Darwin, ale my wybieramy to drugie ze względu na większą bazę informacji na temat jachtostopu w tym mieście. Jest tutaj mega gorąco i znowu przyzwyczajamy się do klimatu tropikalnego, co zajmuje mi kilka dni. Marin jest kilka i żeby wszędzie zajrzeć trzeba zrobić kółeczko po mieście ponad 20km w temperaturze przekraczającej 30 stopni. Nam wytrwałości nie brakuje i już drugiego dnia, można zobaczyć nasze mordeczki na każdej tablicy informacyjnej, w których ogłaszamy naszą chęć dołączenia do żeglugi jako załoga.

Witamy w Darwin (jakby co to ten zwisający ze znaku to martwy wąż)

Zagadujemy nawet ludzi na kutrach rybackich, a w długiej wędrówce pomaga nam wózek ze sklepu do którego wrzucamy plecaki i zamiast nosić po prostu je pchamy.

Trzeciego dnia spotykamy się już z dwoma kapitanami. Mamy jednak dość sceptyczne nastawienie na: „powinniśmy zdążyć”, „raczej damy radę”, „będzie dobrze” ze względu na ciekawe doświadczenia z jachtostopem w Panamie, przy którym najedliśmy się sporo stresu. Wtedy to była „walka” między skipperem i właścicielem jachtu, była zamieszana policja, wojsko, a pomiędzy tym wszystkim my. Tego nie da się powtórzyć, ale lepiej patrzeć na niektóre propozycje z większym dystansem, więc nie paląc mostów, odpowiadamy szczerze, że takie warunki nie do końca nam pasują, ale jak nic nie znajdziemy w najbliższym czasie, to odezwiemy się znowu.

Całe szczęście nie musimy czekać długo i już dwa dni później zgadujemy się z Robertem z Afryki Południowej. Po krótkiej rozmowie zaprasza nas na zwiedzanie swojego jachtu, który może nie jest ekskluzywny, ale zdecydowanie wystarczający na paro dniową przeprawę. Głównym powodem naszej radości jest jednak nastawienie samego kapitana, którego okrzykujemy zaraz mianem „Robercika” ze względu na jego wyluzowaną postawę, oraz to że pływa on TRIMARANEM, na którym żaden z nas wcześniej nie miał okazji mieszkać, lub żeglować.

Z Robercikiem na jego trimaranie.

Wiza

Mamy 3 tygodnie do wypłynięcia, gdyż „rally”, z którym mamy się zabrać wypływa dopiero 28-ego. Problemem jest to, że nasza wiza wygasa już 24-tego. Boimy się trochę czerwonej pieczątki w paszporcie, która z pewnością utrudniła by nam w przyszłości ruch między graniczny, więc staramy się o jej przedłużenie. Biuro migracyjne, odprawa celna, czy nawet odpowiedzi na maile wysłane do urzędników z rządowych stron dotyczących naszego problemu, zwalają kłopot na innych (standardowa spychologia). Często jednak powtarza się jeden numer infolinii, do której próbowaliśmy się dodzwonić już kilka razy. Tym razem jednak czekamy w kolejce za prawie 40-toma innymi osobami i po godzinie mamy łączność z urzędniczką. Dowiadujemy się od niej, że nie możemy być na wizie 651, na której obecnie tu przebywamy, gdyż taka nie istnieje. Mówi także, że mamy aplikować o wizy, o których już dowiedziałem się ze stron oficjalnych, że nie możemy. Krótko mówiąc, wie ona mniej, niż my po researchu w internecie, a rozmowa kończy się na tym, że musimy opuścić Australię przed 25-tym. My wiemy jednak, że jakoś się da to przekombinować! Tylko jeszcze nie wiemy jak.

Kontynuujemy research, który nas jednak nie satysfakcjonuje. Nawet na wizie pomostowej, która już kosztowała by nas sporo pieniędzy, możemy dostać nakaz pozostania w kraju na czas rozpatrzenia wniosku. Oznaczałoby to dodatkowe koszty, dodatkowe problemy, więcej niewiadomych i jeszcze więcej stresu. Czas skontaktować się z Robercikiem, który wie o naszej sytuacji od początku i który wraz z organizatorami „Indonesian rally” także działa w naszej sprawie. Bezstresowo odpowiada, że wypłyniemy wcześniej w ostatni dzień naszego dozwolonego pobytu. Problem rozwiązany.

Nocleg

Spędzamy w Darwin ponad 3 tygodnie czasu, z czego większość to zwykła wegetacja w oczekiwaniu na wypłynięcie. Miejsca na nocleg także się zmieniają:

  • Pierwszy dzień nocujemy na rusztowaniu w jedyny dzień w roku, gdy lokalsi tutaj mogą kupować fajerwerki – dzień Północnej Australii.

Z widokiem na gwiazdy.

Z plecakiem wcale nie tak łatwo się tam przecisnąć.

  • Okolice opuszczonego magazynu wojskowego. Miejscówka niby znaleziona przypadkiem, ale szybko zyskuje nasze uznanie. Zostawiamy tam plecaki i czujemy się jak u siebie do czasu, gdy dostajemy list od rady miasta o konieczności „eksmisji” – czyli notatkę, że następnym razem jak tu przyjadą strażnicy miejscy to wlepią nam solidny mandat. Dobrze, że nas nie zastali za pierwszym razem.

Miejscówa pierwsza klasa, tylko sąsiedzi zgłosili nas do urzędu.

  • Kibel w marinie – tak o na szybko, by przetrwać noc. Nie ma czasu na szukanie, a każdy już zmęczony. Byle do rana.
  • Szatnia przy boisku do krykieta. Ktoś zostawił niedomkniętą kłódkę, a takie rzeczy nie umkną mojej uwadze. Po drugiej spędzonej nocy, ktoś inny jednak reflektuje się i zamyka nas na cztery spusty, podczas gdy my smacznie śpimy. Znajdujemy telefon do rady miasta, a oni odpowiedniego pracownika z kluczem, który nas uratuje. Po paru godzinach za kratkami, znowu jesteśmy na wolności.

Hue hue hue. Nie ma wyjścia.

Zjawia się jednak ekipa ratunkowa, a my jesteśmy znów na wolności 🙂

  • Nocleg na parkingu – znowu byle przetrwać noc.
  • Na parkingu dostajemy namiary na melinę z informacją, że tam lepiej się przespać niż tu. Ogromne opuszczone pomieszczenia przy rampie do załadunku statków napawają nas jednak optymizmem. Butelek walających się po podłodze jest niewiele, a fotele przytargane zapewne ze śmietników, na niezbyt często użytkowane. Poza tym miejscówa jest na tyle duża, że można się tam zgubić. Tu spędzamy kolejne i ostatnie noce, aż do wypłynięcia.

Maciek umie walić selfiaki przez sen.

Zdecydowaliśmy się spać na zewnątrz ze względu na panującą w środku duchotę i smród stęchlizny.

Park Kakadu

Poznajemy w Darwin kilku Polaków. Jednymi z nich są Sławek i Piotrek, z którymi wybieramy się zwiedzać Park Kakadu. Jest to największy park w Australii i znajduje się na liście najważniejszych punktów do odwiedzenia na całym kontynencie. Przeważają tutaj rysunki skalne, które zostały stworzone przez aborygenów nawet 20 tys. lat temu. Nie wszystko jednak jest tak stare, a około połowa to „sztuka nowoczesna” z przed zaledwie 1 tys. lat. W owej sztuce przeważają kangury, żółwie, inne zwierzęta oraz postaci ludzkie. Widoki w parku są ciekawe, lecz nie aż tak zachwycające jak choćby w outbackowym King’s Canion, o którym pisałem w poprzednim poście. Moim zdecydowanym faworytem tej wycieczki jest most w rzece. Teraz jest on zalany zaledwie 0,5 m i teoretycznie przejezdny ze względu na porę suchą. Dramaturgii dodają głównie resztki samochodów, które nie podołały zadaniu przejazdu i obecnie wystają tylko częścią ponad taflę wody, a wokół kręci się kilkanaście krokodyli, prawdopodobnie czekając na kolejnych turystów, którzy przeliczyli się z możliwościami swojego pojazdu. Park Kakadu nie jest najpiękniejszym jaki można odwiedzić w Australii, ale nie po to się tam jedzie. Klimat jest bardzo relaksujący i przyjemny. Tam nie można jechać, żeby się gdzieś spieszyć. Powoli od atrakcji do atrakcji, wyciągając kolejne piwka z podróżnej lodówki, by wieczorem rozpalić gdzieś ognisko i usmażyć kiełbaskę. To miejsce ma w sobie trochę magii.

Hmmm…

Taki relaks lubię najbardziej.

Zwłaszcza, że towarzyszą nam dobrzy znajomi.

Dzieło sztuki.

Ten chyba tańczy.

Wegetacja

Większość czasu w Darwin spędzamy w bibliotece, lub jej okolicach. Mamy tutaj internet, klimatyzację, wygodne fotele, prąd, czyli prawie wszystko czego potrzeba do odpowiedniej wegetacji na dłuższą metę. Na szczęście okres oczekiwania (3 tygodnie) zlatuje !w miarę! rozsądnym czasie, a my pakujemy się na łódkę.

Biblioteka.

A potem kontynuacja pod jej ścianami, gdy już ją zamkną.

Taki typowy dzień.

Próbujemy też freeganizmu, ale nie mamy zbyt dużo szczęścia i jedyne co znajdujemy to około stu rolek papieru toaletowego.

Żegluga

Ze względu na wcześniejszy start niż początkowo zakładany, kapitan pragnie zwolnić tempo i zatrzymać się jeszcze pod drodze na wyspie Tiwi, należącej ciągle do Australii. Takie plany jednak zmienia prognoza pogody, gdyż oznaczało by to dla nas 0 wiatru na całej trasie. Wyruszamy więc od razu bezpośrednio do Indonezji. Początek nie jest najgorszy i możemy doświadczyć trochę żeglugi trimaranem, jednak po kilku godzinach wiatr całkowicie umiera i musimy przez większość trasy męczyć się z warkoczącym silnikiem, który dokucza najbardziej mi, ponieważ wybrałem wcześniej łóżko tuż przy nim. W ostatni dzień przed przypłynięciem wiatr pojawia się znowu i tym razem naprawdę możemy przekonać się o szybkości tego jachtu, pomimo iż został wykonany do spokojnych rejsów, a nie do regat.

Cztery dni żeglugi mijają nam całkiem szybko. Poza nocnymi wachtami, obowiązków nie mamy prawie żadnych. Przy tak długim leniuchowaniu, nawet nie narzekamy na mycie naczyń. W wegetacji jesteśmy już wprawieni i relaksując się całymi popołudniami doczekujemy końca przeprawy.

Kupang jest miejscem, które większość osób nazywa zadupiem. Przez pierwsze 3 dni zwiedzamy go nielegalnie bez pieczątek w paszporcie. Od razu wiemy, że jesteśmy w kraju trzeciego świata.

Jeszcze przed wypłynięciem pomagamy kapitanowi z pomalowaniem kadłuba. Zaletą takiego jachtu i 6 – cio metrowych pływów jest brak konieczności wyciągania jachtu dźwigiem. Wystarczy podpłynąć i poczekać na odpływ, a potem ma się parę godzin na pracę przed przypływem.

Jeden musi ciężko pracować przy linach…

…by drugi mógł się w spokoju obijać.

Nie podoba mi się taki podział obowiązków.

Przynajmniej na chwilę poszedł poudawać, że coś robi 😛

Kapitan obmyśla trasę. Nie ma ratunku, nigdzie nie ma wiatru.

Co widać na załączonym obrazku po braku jakichkolwiek fal.

Codziennie wieczorem wychodzę na burtę oglądać zachód słońca….

… który równie dobrze można podziwiać podczas załatwienia swoich potrzeb. Ta toaleta została stworzona z myślą tylko o karłach, na szczęście ktoś dobrze zainstalował okno.

Na koniec jeden z zachodów jeszcze na terytorium Australii. Dalsze zdjęcia i przygody już z Indonezji.