Indonezja – wulkany na Jawie i walka o promostop na Sumatrze

Po Bali oraz Małych Wyspach Sundajskich przypływamy na wyspę Jawa. Zaczyna się powoli zmęczenie krajem, które osiąga apogeum na kolejnej wyspie Sumatra. Nie powstrzymuje nas to od osiągnięcia celu…

Jawa

Jawa jest trzynastą na świecie i piątą w Indonezji największą wyspą pod względem obszaru. Na ponad 126 tys. km kw. zamieszkuje około 130 mln osób. To najbardziej ludna wyspa globu, co zresztą można zauważyć gołym okiem. My tutaj przypływamy promostopem (w tirze), z planem zobaczenia kilku atrakcji, które w praktyce przekraczają nasze oczekiwania.

Wulkan Ijen

Pierwszą atrakcją turystyczną na naszej liście jest wulkan Ijen, który znajduje się na wschodzie wyspy. Dojazd stopem okazuje się całkiem możliwy i żabimi skokami, po kilka kilometrów, dojeżdżamy do celu. Informacje, które posiadamy z przewodnika „Lonely Planet” są jednak nieaktualne i park jest otwarty tylko w godzinach 1:00 – 12:00. My przyjeżdżamy tu już po 15 i nie mamy możliwości zobaczenia zachodu słońca – tak jak planowaliśmy.

Zwijamy namiot o 3 rano, ale na szlaku już od dwóch godzin gromadzą się tłumy turystów. Nie chcąc przegapić tego wydarzenia prędkim krokiem mijamy grupki, które z powodu zimna i wiatru ogrzewają się przy ogniskach. Pośród osób wspinających się na szczyt mijamy wózki, jakby niepełnosprawni chcieli się tam udać na cudowne uzdrowienie. To jednak tylko leniwi turyści, którzy zapłacili za wniesienie ich na 2400 m n.p.m.

Płatne taksówki.

Krater tego wulkanu słynie z niezwykłego zjawiska niebieskich świateł, ale my wybieramy wschód słońca. Pomimo iż wschód słońca jest imponujący to z czasem żałuję tej decyzji, gdyż ta druga opcja to światowy ewenement.

Na skraju krateru oglądamy wschód. Nie jesteśmy jedyni.

Do krateru schodzimy po wschodzie. Musimy udawać, że nie widzimy tabliczki z zakazem oraz pokonać 200 m spadku na krótkim dystansie. Tutaj bardzo użyteczne okazują się maski, za których wynajem po dłuższym targowaniu zapłaciliśmy niecałe 4 zł. Dym i siarka unosząca się w powietrzu nie tylko drapie w gardło, ale i w oczy. Nawet w zabezpieczeniu oddychanie jest uciążliwe.

Po drodze na dół.

Podczas, gdy jestem przy brzegu jeziora krateru, wiatr zmienia kierunek i cały biało – szary dym zaczyna mnie otaczać. Moja widoczność to 2 metry, a powierzchnia dookoła to skały i głazy. Hasanie i manewrowanie w tych okolicznościach nie należy do łatwych. Oczy zaczynają palić i ciężko już nawet spoglądać nawet pod rozmywające się nogi. Maska nie daje rady i gardło drapie równie mocno. Uciekam czym prędzej w stronę, gdzie z pamięci mam nadzieję znaleźć przewyższenie. Całe szczęście wiatr znów zmienia swój kierunek i widok otaczający powraca. Ja jednak rezygnuję ze zbliżenia się do tafli jeziora.

W tym miejscu można spotkać odważnych, pracujących ludzi. Zbierają oni siarkę z zainstalowanych rur przy wylocie dymu. Kruszec ten gromadzi się tam ułatwiając pracę. Teraz tylko załadować to na kosze do pełna i z ciężarem około 70 kg wspiąć się na górę. Dla nas bez żadnego obciążenia jest to nie małym wyzwaniem. Oni powtarzają to około 3 razy na dzień, ładują na wózek i ściągają na dół kilka kilometrów, po niemałej stromiźnie. Robota – marzenie. Trzeba się przy tym nawdychać niezliczonej ilości siarki. Od jednego z nich dowiadujemy się, że bez odpowiednich zastrzyków, nie mogliby w stanie tutaj ani pracować, ani już nawet oddychać.

Ale siara.

Wyciągnięcie tego z palącego dymu to dopiero początek.

Bromo

Kolejną atrakcją na naszej liście jest oddalony o ponad 200 km wulkan Bromo. Jest on bardzo popularny, a przez to niezwykle drogi. Po drodze zatrzymuje się nam na stopa lokalny przewodnik i informuje o cenach, które przez ostatni rok się podwoiły. Dodatkowo dojeżdżamy tam w sobotę, co jeszcze zwiększa koszt biletu wstępu. Jesteśmy już blisko rezygnacji, gdyż przekracza to nasz budżet. Dowiadujemy się też od niego o „tajnej” ścieżce dla koni, którą można się tam dostać za darmo. Do tej pory grzecznie płaciliśmy za wejściówki, które przekraczały 20-30 krotnie cenę dla lokalsów, ale tym razem przeszli samych siebie i musimy kombinować na swój sposób.

Dojeżdżamy do celu na cegłach i workach z cementem a ku naszemu zdziwieniu, kierowca zatrzymuje się przy budce, z której wychodzi człowiek z biletami wstępu do wioski. Nie na wulkan, tylko do samej lokalnej wioski. Kosztuje to 10 tys. rupii (ok. 2,5 zł). Za jakiś bilet więc płacimy, ale to jedyny i ostatni w tym miejscu (jak się później dowiadujemy, jadąc drugą bardziej stromą drogą, można nie płacić za ten wjazd, lecz nasz kierowca był zbyt załadowany workami, by tamtędy przejechać).

Dojeżdżamy.

Bez problemu znajdujemy naszą „tajną” ścieżkę. Zostawiamy po drodze plecaki w krzakach i schodzimy na „pustynię” pod wulkanem. Tam spotykamy turystów z Polski, którzy także znali to przejście i nie płacili. Przy samym kraterze na krawędzi poznajemy kolejnych ludzi, którzy pokonują tę samą drogę co my. Nasza „tajna” ścieżka wcale nie jest taka tajna. Siedząc wraz z koleżankami z Portugali i USA podziwiamy piękny zachód słońca. Miejsce to jest dla mnie magiczne, nie tylko ze względu na piękny krater i kłęby dymu się z niego wydobywające, lecz przede wszystkim na dźwięk, który przypomina mi grzmot ogromnego wodospadu. Budzi to grozę, a w powietrzu czuć potęgę natury.

Dochodzimy.

Potęga natury.

Zostajemy podziwiać zachód słońca.

Po przyjemnym wieczorze, czeka nas ciężka i bardzo krótka noc. Zamierzamy wstać, by zobaczyć wschód słońca i wdrapać się na górę oraz punkt widokowy. Nie chcemy więc marnować czasu na składanie namiotu i decydujemy się go wcale nie rozkładać. Leżymy na dachu budynku pod milionami gwiazd, na wysokości przekraczającej 2400 m n.p.m. Z początku jest ok, lecz gdy pojawia się wiatr obaj trzęsiemy się z zimna, ale pobudka o godzinie 03:30 jest jeszcze trudniejsza. Zbieramy się jednak w sobie, zakładamy plecaki i wdrapujemy pod górę.

W połowie drogi dołączają do nas koleżanki z dnia poprzedniego. Dalsza część drogi jest więc dużo przyjemniejsza, lecz ciągle nie łatwa ze względu na strome zbocze. Jesteśmy tutaj w niedzielę i tłumy są większe niż zwykle. Schodzimy ze ścieżki i rozkładamy w możliwym i mniej tłocznym miejscu. Nawet tutaj zbiera się coraz więcej osób, którzy wpychają się przed nas, zasłaniając piękno natury. Mimo wszystko lubię to miejsce, co łatwo zrozumieć po zobaczeniu paru zdjęć.

Wschód.

Widok na wulkan.

Borobudur

Borobudur jest największą hinduską świątynią na świecie i zarazem największą atrakcją Jawy. Po drodze do niej zatrzymujemy się jeszcze w mieście Yogyakarta na chwilę odpoczynku. Spędzamy czas, idąc wspólnie poćwiczyć w parku, grając w szachy, ucząc w szkole języka angielskiego, oglądając zachód słońca na plaży, czy podziwiając to kilkumilionowe miasto z góry nocą. Czas mija szybko i znów wracamy na trasę do tej osławionej świątyni.

Borobudur został zbudowana w VIII – IX w. naszej ery. O dziwo ta wielka konstrukcja straciła na znaczeniu i została zapomniana. Ponownie odkryto ją na początku XIX w, by sto lat później – całkowicie ją odrestaurować. Było to wielkie przedsięwzięcie, gdyż została ona rozebrana. Postawiono pod nią fundamenty i ułożono na nowo. Każdy element został starannie oznaczony, a niektóre z nich będące w kiepskim stanie zastąpione nowym kamieniem. Wielkie puzzle trójwymiarowe – poziom ekspert.

Prace konserwacyjne trwają nadal.

Świątynia ma kształt czworoboku zmniejszającego się ku górze. Posiada siedem kondygnacji i pięć pięter. Całość wypełniona jest licznymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi życie buddy oraz historiami pokazującymi działanie karmy. Można oglądać krótkie historyjki, w których za dobre uczynki jesteśmy nagradzani, a za złe karani – jak działa karma każdy wie.

W górnych częściach świątyni znajdują się kopuły, w których ukryte są buddy siedzące i przypominające medytujących mnichów. Rozglądają się oni na wszystkie strony świata. Wizyta w tym miejscu jest drogą imprezą, lecz w moich oczach wartą poświęcenia i odpuszczenia nie jednego piwa w późniejszym czasie. Jestem pod wrażeniem całości dzieła jak i jego szczegółów. Całość podsumowuje  Termometr: „Zobacz co budowali tutaj ponad tysiąc lat temu i teraz przypomnij sobie jakimi dziełami „zachwycaliśmy się” nie tak dawno w Australii oglądając „dzieła” aborygenów z tego samego czasu” (Park Kakadu opisałem w poście z Australii).

Tak wygląda świątynia.

Nawet tutaj znajdą się ludzie wołający: „Heloł myster, photo, photo!”.

Dżakarta

Zbliżają się dwa miesiące pobytu w Indonezji, co oznacza że kończy nam się wiza. Pomimo bardzo pozytywnych doświadczeń i przeżyć, zaczynamy powoli czuć zmęczenie i chęć do zmiany państwa. Jedziemy zatem do Dżakarty i udajemy się do portu, gdzie próbujemy załapać się na promostop do wyspy Batam. Jest ona położona rzut beretem od Singapuru. Znajdujemy więc osobę odpowiedzialną za bilety (na wyższym szczeblu). Opowiadamy naszą historię oraz jak ważne jest dla nas dostanie się na ten prom za darmo. Otrzymujemy jednak jedynie informację, że tutaj nie znajdziemy nikogo z odpowiednimi kompetencjami. Łatwo się nie poddajemy.

Jesteśmy w stolicy, więc najważniejsze biura są blisko. Już dwie godziny później, ochroniarz pod ministerstwem transportu nakazuje nam ubrać długie spodnie i koszule. Ładnie ubrani wjeżdżamy pod ochroną na piąte piętro ministerstwa i zaczynamy rozmowę. Tłumaczymy zgodnie z prawdą, że celem naszej podróży jest autostop, w którym nie możemy kupić kwitu, a jedyne co potrzebujemy to list pozwalający nam na wejście na prom bez okazywania biletu. Przez chwilę jedna kobieta daje nam sporo nadziei, by po paru minutach zgasić nas całkowicie. Tutaj nikt nam nie da takiego upoważnienia…

W ministerstwie transportu.

Nie można się jednak łatwo poddawać. Za następny cel wybieramy główne biuro Pelni – firmy transportowej obsługującej setki promów pomiędzy wyspami całej Indonezji. Tego dnia jest już jednak za późno i udajemy się na spoczynek w dość ciekawym miejscu. Tuż obok głównego parku i największego monumentu stolicy jest duże skrzyżowanie, a pomiędzy wielopasmowymi drogami mały posterunek policji. Wygląda na opuszczony i wygodny, a po wejściu do środka okazuje się nawet, że posiada klimatyzację! Jest trochę ciasno, ale komfort nawet bardziej niż zadowalający. Jest bezpiecznie i nikt nam nie przeszkadza aż do 7-mej rano, gdy wchodzi policjant, robi nam zdjęcie i wychodzi. Czas się zbierać. Krótkie podziękowanie dla kierujących ruchem drogowym, kąpiel w publicznej toalecie (mandi), oraz kawa na rozbudzenie – to idealny początek dnia, przed nadchodzącym spotkaniem.

Zwijka.

Tym razem lepiej przygotowani i odpowiednio ubrani wchodzimy do głównej siedziby Pelni. Pytamy o dyrektora floty (znaleźliśmy nazwiska w internecie), mówiąc że jesteśmy inżynierami z firmy „Autostopem Dookoła Świata”. Mamy jednocześnie nadzieję, że nikt nie postanowi tego wygooglować. Sam dyrektor dowiaduje się o naszym przybyciu, ale sekretarka na jego prośbę umawia nas na spotkanie z przedstawicielami do spraw marketingu. W międzyczasie konsultują się oni także z ministerstwem transportu (w którym byliśmy dzień wcześniej), lecz ostateczna wersja po dłużej rozmowie to 20% zniżki. Nie daje nam nic, gdyż my nie możemy zapłacić nawet jednego grosza, ze względu na cel naszej wycieczki dookoła świata. Spędziliśmy tutaj 5 godzin, ale i tak uważam, że warto było próbować.

Pod siedzibą główną.

Największe nadzieje jednak wiążemy z naszym ostatnim planem. Wieczorem przed wypłynięciem promu idziemy do strażników i opowiadamy jeszcze raz naszą historię. Tym razem możemy dodać, że już kontaktowaliśmy się z szychami, które nie dadzą listu – bo nie mogą, lecz nie mają nic przeciwko. Nadzieję tę jednak rozbija całkowicie szef zmiany. Taką ma pracę i za to mu płacą, więc pomimo iż firma ani nikt na tym nic nie traci – to całkowicie go rozumiem. Dla nas to jednak oznacza początek kłopotów, gdyż musimy się zająć przedłużeniem wizy (która kosztuje więcej niż prom :P) oraz wymyśleniem nowego planu.

O przedłużeniu wizy czytałem dużo i w praktyce okazuje się to równie trudne jak to co mówi internet. Największym kłopotem jest dla nas list sponsorski. Powinniśmy go dostać bez żadnego problemu od organizacji żeglarskiej, z którą przypłynęliśmy do Indonezji. Kosztuje nas to jednak wiele nerwów i czasu. Musimy się prosić o kolejne poprawki (już po ustaleniu, że muszą nam go dać, wysyłają papiery z błędami) mając nadzieję, że nie będziemy musieli ich sami robić w paincie. Oprócz dni spędzonych na poszukiwaniu informacji oraz otrzymaniu odpowiednich dokumentów,  musimy poświęcić kilka kolejnych dni na przeczekanie procesu przedłużenia. Daje nam to ponad tydzień w Dżakarcie. Mamy więc czas na nadgonienie spraw bieżących, zaległych oraz chwilę odpoczynku. Zatrzymujemy się u hosta Dunggi, mamy własny pokój i czas mija szybko leżąc, pisząc, szukając nowych rozwiązań, zapoznając się z nowymi ludzmi, chodząc na imprezy, gotując czy nawet grając w badmintona.

W kolejce po wizę.

Sumatra

Pośród możliwych opcji wybieramy jazdę autostopem na czwartą największą wyspę świata – Sumatrę. Tam znajduje się port w Dumai, z którego odpływają promy do Malaki w Malezji. Tym razem przygotowujemy się jeszcze lepiej i tworzymy małą książkę w lokalnym języku i ze zdjęciami. Opowiada ona naszą historię oraz dlaczego ten prom jest dla nas tak ważny. Jest to wszakże ostatni morski odcinek na naszej trasie, gdyż mamy wylądować wkrótce na kontynencie.

Z wydrukowaną książeczką, ale cofnijmy się jeszcze na chwilę w czasie.

Najpierw kontaktuje się z nami Gabrysia – indonezyjska koleżanka, z którą wspólnie pomagaliśmy ofiarom trzęsienia ziemi na Lombok. Zaprasza nas ona do swoich znajomych w Pring Sevu. Jest to dom a zarazem sklep i miejsce w którym gromadzą się artyści o nazwie „Ramones Art”. Jest super i czujemy się jak u siebie. Dajemy też popis naszych możliwości artystycznych. Dodajemy coś od siebie na ścianie w jednym z pustych pokoi. Z winkiem w ręku świętuję też tutaj 3 lata tułaczki.

Chyba najlepsze dzieło jakie stworzyłem w swoim życiu.

Daleko mi jednak do prawdziwych artystów. Pozdrawiamy!

Pierwsza połowa drogi, czyli jakieś 750 km to tereny bardzo brzydkie. Miasta i miasteczka są brudne i zakurzone, a okolica i widoki wcale niewiele lepsze. Jest to obszar też dużo bardziej niebezpieczny niż większość tego kraju. W pewnym momencie nawet kierowca tira prosi nas o zamknięcie okien i zatrzaśnięcie drzwi, ze względu na duże prawdopodobieństwo ataku ze strony złodziei. Dalej na północ robi się ładniej, bezpieczniej i przyjemniej pod każdym względem. Nasza droga do Dumai to tylko 1500km, jesteśmy więc dopiero w połowie wyspy.

Sumatra słynie z konserwatywnego islamu do tego stopnia, że na jej północy oficjalnie obowiązuje prawo szariatu. Reszta wyspy jest bardziej otwarta na inne idee, lecz Gabrysia bardzo narzeka, że nie może ubrać krótkich spodenek. Jak ubierze koszulkę na ramiączkach to wszyscy się na nią patrzą jakby chcieli ją zamordować (to było na południu). Jeśli chodzi o alkohol to można go gdzieniegdzie znaleźć, ale trzeba wiedzieć gdzie szukać i znać odpowiednią osobę. Północna część jest ciekawsza nie tylko ze względu na tę silną kulturę, ale także ze względu na piękno natury. Znajduje się tam np. jezioro Toba, które jest drugim największym jeziorem na świecie. Powstało ono z wybuchu superwulkanu około 75 tys. lat temu. Jego pył unosił się w atmosferze przez następne 1800 lat. Spowodował zmiany klimatyczne na całym świecie i miał duży wpływ na ewolucję homo sapiens.

Jeszcze jedno zdjęcie z Gabrysią i ekipą Ramonez Art.

My natomiast docieramy do Dumai po 20 godzinach w tirze (bez większych postojów). Wydawałoby się, że to daleka trasa, ale my w tym czasie pokonaliśmy 450 km (co jak na warunki, jakość dróg i korków na Sumatrze – dobry wynik). Jesteśmy zmęczeni, ale to nie ma znaczenia – trzeba dopiąć swego. Drukujemy naszą książkę w języku bahasa i wbijamy do biura prosząc o rozmowę z kierownikiem. Zastajemy go dopiero po paru godzinach, za trzecim podejściem. Niestety nie wyraża on chęci na spotkanie z nami. Pracownik od razu oznajmia, że tutaj nikt nie lubi takich ludzi jak my i że jak dostarczymy oficjalny list potwierdzający naszą socjalną działalność to może dostaniemy zniżkę.

Już poświęciliśmy dla tego momentu 3 tygodnie, a nawet przedłużyliśmy wizę. Kosztowało nas to więcej niż gdybyśmy poszli na łatwiznę i złamali reguły naszej wyprawy płacąc za transport. Wciskamy naszą książkę i przekonujemy pracownika jeszcze raz, by dowiedzieć się po chwili od niego, że jeden bilet możemy dostać za darmo, ale za drugi trzeba zapłacić. Wychodzimy trochę zasmuceni i zrezygnowani, ale nie na długo gdyż nawet zmęczona głowa w takich momentach pracuje szybko.

Przekonuję Termometra, że jeśli będzie jeden bilet to żeby on z niego skorzystał. W pojedynkę będzie mi łatwiej złapać cargostopa w okolicach stolicy wyspy – Medan. On natomiast wpada na pomysł, by zaproponować jeszcze pracę na promie za darmowy transport. Tego właśnie planu trzymamy się wbijając do biura po raz kolejny. Pracownik dopytuje o kilka szczegółów naszej wyprawy, zaczyna w nią nareszcie wierzyć i mówi, że spróbuje porozmawiać z kierownikiem jeszcze raz.

Wbijamy po raz kolejny po niecałych dwóch godzinach, ale niestety kierownik nie wyraził zgody na drugi bilet. Maciek oddaje swój paszport, a ja siadam z boku i czekam. Pracownik jest lekko zdziwiony, że nie zapłacę za drugi bilet. „Jak ja w takim razie przedostanę się do Malezji?” – pyta. Termometr mówi, że złapię stopa jakimś statkiem cargo, a ja żartuję, że przepłynę wpław. On natomiast po chwili konsternacji  prosi o mój paszport także. Jak już trzymamy te wymarzone kawałki papieru w rękach dowiadujemy się, że paru pracowników złożyło się na ten drugi bilet, gdyż kierownik nie wyraził zgody do końca.

Człowiek, który zajmował się naszą sprawą oferuje nam jeszcze nocleg nad biurem. Pokazując nam miejsce wciska pieniądze na koszty portowe mówiąc, że nie chce żebyśmy za to płacili. Rano przed promem zanosimy im pudełko ciasteczek i dziękujemy po raz setny. PŁYNIEMY NA KONTYNENT!

Mamy to! Płyniemy!

Po dwóch godzinach rejsu dopływamy do Malezji. Docieramy do kontynentu. Jesteśmy połączeni lądem z naszą ukochaną Polską! Teraz już „prosta” droga do domu. Tymczasowo obieramy jednak kierunek przeciwny, o czym dowiecie się w następnym poście.