Indonezja – podsumowanie i ciekawostki

W poprzednich postach o Indonezji mogliście przeczytać głównie o naszych przygodach. Tym razem macie okazję dowiedzieć się dlaczego ten kraj jest aż tak ciekawy. Oprócz ogólników znajdziecie tematy kulinarne, religijne, a nawet paranormalne.

Podsumowanie

Na początku, żeby zobrazować trochę sytuację, muszę przypomnieć, że Indonezyjczycy mieszkają porozrzucani na ponad 12 tysiącach różnych wysp. My mieliśmy okazję odwiedzić 7 z nich, które należą do tych większych i bardziej charakterystycznych. Każda z nich różni się od pozostałych. Ludzie są dla nas bardzo przyjaźni, krzyczą „heloł myster” (z wyjątkiem Bali), zagadują z ciekawości i chcą robić sobie z nami zdjęcia. W tych mniej turystycznych miejscach zdarzają się nawet sytuację, gdy po zrobionych zakupach sprzedawczyni prosi o wspólnego selfika. Nie zważając na klientów czekających w kolejce wychodzi zza lady prosto do mnie. Czekające w kolejce Panie jednak zaskakują mnie jeszcze bardziej. Gdy kasjerka wraca za ladę, one zamiast zapłacić za zakupy to idą do mnie, by nie przegapić okazji na zdjęcie z białym.

Wszystkie takie zdjęcia nigdy do nas nie docierają. Na Borobudur w ramach rewanżu, sam wyciągnąłem kamerę i cyknąłem selfika.

Łapiemy stopa, gromadka dzieci nam „pomaga”.

Czasem wciskają Ci dziecko, by ono też trafiło z białym na instagrama. Nie ma znaczenia, czy ono tego chce, czy nie.

Robienie takich zdjęć jest miłe i można się poczuć niemal jak celebryta. Na dłużą metę jest to jednak bardzo męczące. Ciężko nie odpowiedzieć na zawołanie i olać człowieka, który podchodzi do Ciebie ze szczerym uśmiechem. Gdy ktoś zagaduje Cię tak co parę minut, to nie można znaleźć chwili spokoju. Warto pamiętać, że oni dukają po angielsku, lub nawet ciągną w swoim lokalnym języku. Proszą o zdjęcie, kontakt i rozmowę. Nie chcąc jednak być niemiłym, my doprowadzamy się do stanu ogólnego przemęczenia i zmarnowania, odwzajemniając uśmiech coraz bardziej na siłę.

Ekonomia

Indonezja nie należy do bogatych krajów. PKB na osobę nie przekracza 4 tys. dolarów rocznie. Należy ona natomiast do grupy najbardziej wpływowych krajów szczytu G20. Z czwartą na świecie populacją, dobrymi źródłami naturalnymi i szybko rosnącą gospodarką państwo to prosperuje bardzo dobrze. Ma rozwój potrzeba jeszcze dużo czasu. Infrastruktura woła o pomstę do Boga. Tiry bardzo rzadko przekraczają prędkość 40 km/h przy maksymalnej ładowności 24 ton. Jazda samochodem osobowym jest niewiele szybsza ze względu na bardzo zły stan dróg i ogromne korki. Przeciętny Indonezyjczyk spędza stojąc w korkach 47 godzin rocznie, co daję drugą lokatę w rankingu światowym za Tajlandią (w Tajlandii drogi są bardzo dobre i jeździ się 3 razy szybciej). Dobrobyt jest rozłożony bardzo nierównomiernie i gołym okiem można zobaczyć, że najbogatsze wyspy to Jawa i Bali. Im dalej od nich – tym biedniej. Zarobki różnią się znacznie na wyspach, gdyż za tą samą pracę można dostać 2 razy więcej, pracując w innej części kraju. Dla przykładu w stolicy Timoru mówili nam, że niektórzy pracują za 13 zł/dzień, podczas gdy na innych wyspach kierowca go-jek’a (uber) wyciąga 200 zł/dzień. Ceny jednak nie idą w parze z zarobkami i nie ma tak dużej różnicy. Mogę powiedzieć, że wszędzie jest tanio. Za posiłek – ryż z kawałkiem kurczaka, sosem, sałatką i omletem można dostać czasem za mniej niż 3 zł, a za mniej niż 5 zł w droższych regionach.

Standardowy widok. Prowizoryczne domy oraz tony śmieci.

Targ.

Główna droga. Gdzie się podział asfalt? Kiedyś na pewno się pojawi!

To wcale nie są te najbiedniejsze rejony. To są obrzeża tych bogatszych – stolicy Dżakarty.

Jedzenie

Pierwszą zasadą większości lokalsów jest zdanie: „Jeśli nie tknąłeś ryżu to tak jakbyś wcale nie jadł”. Kuchnia jest bardzo pikantna, nawet dla takiej osoby jak ja, która lubi ostro przyprawione. Często podczas posiłku się pocę i smarkam (muszę przyznać że co drugi dzień piecze dwa razy). Najczęściej jada się tutaj w przydrożnych restauracjach, budkach lub od ludzi którzy wożą swoje jedzenie na motorach w „ponadwymiarowych kufrach podróżniczych”. Zamiast ziemniaka używają korzenia ubi, grochówkę jedzą na słodko, do kawy sypią tonę cukru, a nazw ich owoców nigdy nie będę w stanie zapamiętać. Podsumowując: jest smacznie, ale trzeba pamiętać, że często posiłki są nakładana ręcznie (dosłownie) na Twoich oczach. O higienie nie słyszeli, a gdyby się dowiedzieli co to sanepid, to na pewno śmiali by się do wieczora. Wiele osób nie używa w ogóle sztućców jedząc prawą ręką, podczas gdy inni łyżką i widelcem. Noża tutaj nigdzie nie uświadczyłem.

Nasi goereng – smażony ryż z dodatkami. Moje ulubione danie w Indonezji.

Jeżdżąca restauracja. Najczęściej jeżdżą z zupą i kluskami mięsnymi.

Najtańsze jedzenie często jest zawinięte w papier. Za to tutaj zapłaciłem 1,3 złotego.

Restauracja średniej jakości (albo nawet wyższej patrząc na medianę).

Lody o smaku kukurydzy.

Kawa

Kawa jest bardzo popularnym napojem i można ją kupić prawie na każdym rogu w każdym „kiosku”. Ceny wahają się mniej więcej od 0,5 – 1,25 PLN w tanich restauracjach. W tych droższych ceny sięgają nawet aż do 5 złotych. Na taką kawę skusiliśmy się dwukrotnie ze względu na konieczność połączenia z wifi. Na bali można spróbować natomiast kawy z kupy zwierzęcia Luwaka. Jest to najdroższa kawa świata, a my dla spróbowania płacimy za nią aż 12,5 złotego. Dla degustacji dostajemy w tej cenie 12 innych kubeczków z różnymi herbatami i kawami jak np. herbata różana, cytrynowa, czy kawa kokosowa lub waniliowa. Na wyspie Sumatra podobno sprzedają też kawę z kupy kota, ale tej nie mieliśmy okazji skosztować.

Niby droga kawa, ale jak się dostaje taki gratis + zwiedzanie plantacji – warto.

Z drugiej strony znowu jest nagonka, że Luwaki są męczone. Ponoć jedzą ziarna kawy tylko, gdy się źle czują. Ich właściciele sprawiają, że bolą je brzuszki. Trzymają w za małych klatkach itd. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy i poszliśmy tylko spróbować słynnej, najdroższej kawy.

W północnej Sumatrze, w regjonie Aceh (o którym pisałem w poprzednim poście) jest zwyczaj picia kawy do góry nogami.

Życie codzienne

Życie codzienne przeciętnego Indonezyjczyka jest raczej skromne. Większość z nich żyje w ścisku, w warunkach, które można nazwać tragicznymi. Dla nich jest to normalne, ponieważ nie znają innych standardów. Są oni bardzo pozytywni i niemal zawsze uśmiechnięci. Żyją rodzinnie i wspierają się nawzajem. Wielkim minusem są śmieci, które walają się wszędzie. O ile w domach jest względny porządek, to pobocza dróg i chodników zasypane są plastikiem i wszelkiej maści odpadkami. Kolejnym dużym szokiem jest toaleta. O ile dziura w podłodze jest dla mnie kompletnie normalna, a podcieranie się z wężyka wodą całkiem skuteczne, to polewanie się wodą z „konewki” nie należy do łatwych. Tej samej „konewki” (to może być miska, rondel, albo cokolwiek do czego można nalać płyn) ludzie używają tutaj do umycia zębów lub wzięcia prysznica. Nabierasz wodę i wylewasz ją na siebie. Nazywają to „mandi”. Wiele radości dostarczała lokalsom opowieść, gdy po raz pierwszy chciałem się wykąpać w Indonezji. Nie wiedząc jak się za to zabrać – wszedłem do „wanienki” 70 cm x 70 cm, wykąpałem się w niej, wylałem wodę i zapełniłem nową. Myślałem przy tym ile wody się musi zmarnować. Wybuchają nagłos śmiechem, gdy Termometr mówi, że zrobił dokładnie tak samo przede mną. W hotelach może prysznice są normalnością, ale w domach przeciętnych ludzi bardzo dużą rzadkością.

Transport publiczny – prom. Nie wygląda tak zawsze i wszędzie, ale ciągle się zdarza.

Edukacja

Edukacja w Indonezji nie należy do mocnych stron. Większość przez nas spotkanych osób ma problem z podstawową wiedzą ogólną. Uczęszczanie do szkoły (bez względu na poziom) jest zawsze płatne i dla ludzi z „ważniejszych” wysp w dość przyzwoitej cenie, podczas gdy dla ludzi z Timoru, czy Flores bardzo drogie. Ciągle można spotkać wielu ludzi, którzy nie potrafią czytać ani pisać lub muszą użyć kalkulatora do karkołomnych obliczeń typu 8+4. Gdy już jednak wyślesz swoje dziecko do szkoły to musi ono mieć swój własny mundurek. Płacisz nauczycielom, ale nie masz wpływu na ich kompetencję. Od paru osób dowiedzieliśmy się, że w szkołach wpajają uczniom czasem informacje, że ziemia jest płaska.

Zdarzają się czasem jednak porządni nauczyciele 😀 Nauka autostopu wpajana od najmłodszych lat.

Religia

W Indonezji panuje religia muzułmańska. Nie posiada ona jednak wyłączności a obywatel ma wybór. Do dowodu osobistego trzeba podać nie tylko imię, nazwisko i datę urodzenia, lecz także swoją wiarę. Można wybrać spośród pięciu dostępnych (islam, chrześcijanizm, buddyzm, hinduizm oraz judaizm) przy czym nie można być oficjalnie ateistą. Ludzie nieraz pytali się nas w co my wierzymy i nigdy nie reagowali negatywnie na katolicyzm.

Jako że dominujący w Indonezji jest islam, to też właśnie z tej religii elementy przesiąkły do kultury najbardziej. Można zauważyć to gołym okiem na ulicy lub usłyszeć 5 razy dziennie. Śpiewające minarety dają o sobie znać już od pierwszego dnia. Niektórzy potrafią się przyzwyczaić i nie zwracać na to uwagi, lecz dla mnie jest to problem przez cały pobyt. Nawoływanie muezzina jest tutaj wyraźnie głośniejsze niż w krajach muzułmańskich do tej pory przeze mnie odwiedzanych (takich jak Iran, Turcja, Irak). Wyk budzi mnie często nad ranem lub irytuje przy normalnej rozmowie popołudniowej, gdy nagle trzeba przekrzykiwać się przez ten hałas jak na targu.

Jak na załączonym obrazku.

Podczas pobytu w Indonezji uczę się wiele o „religii pokoju”. Ma ona wiele odłamów, które różnie objawiają się w praktyce. Muzułmanin może mieć 4 żony, ale żeby poślubić kolejną, te pierwsze muszą wyrazić na to zgodę. Ciągle można zobaczyć tutaj płatne małżeństwa aranżowane. Państwo młodzi spotykają się tylko 1-2 razy na max 10-15 min. Jest za to możliwość rozwodu i ponownego małżeństwa. Tutaj możliwości też są ograniczone, gdyż zanim mężczyzna poślubi nową żonę, to jego była musi być już z powrotem mężatką. W tym odłamie w przeciwieństwie do tego z Iranu – nie ma możliwości małżeństwa czasowego. Tam można wziąć ślub na jeden dzień, co w praktyce działa jak legalna z religią prostytucja. „Żonie” trzeba zapłacić za tę jedną noc, by następnego znów być singlem.

Różnic oczywiście jest tysiące, a ja nie łapię tego wszystkiego w 100%. Zresztą oni sami często się gubią. Zresztą tak samo jak u nas – nie wszyscy znają i rozumieją Biblię od początku do końca. Dostajemy nieraz sprzeczne informacje. Jak wszędzie można spotkać ludzi bardziej lub mniej wierzących i praktykujących. Niewiele jednak muzułmanek pokazuje swoje włosy publicznie. Mimo iż podczas selfika zakryta niewiasta nie ma nic przeciwko objęcia ją ramieniem, tak dwukrotnie zdarzyła mi się odmowa na pożegnalny uścisk z czego Maciek miał niemały ubaw i wypominał mi to wiele razy.

Nie wiem czemu kobiety chodzą tak pogrupowane po ulicy żołnierskim krokiem. Dołączamy na przodzie.

W religii tej jest 5 głównych zasad które musi spełnić każdy muzułmanin: pielgrzymka do Mekki , czytanie Koranu, poszczenie w świętym miesiącu Ramadan, jałmużna i modlitw 5 razy dziennie. To ostatnie jest dla mnie najbardziej irytujące. Mało tego że Indonezyjczycy bardzo rzadko się gdzieś spieszą, to jeszcze robią sobie przerwy na modlitwy „co chwilę”. Kolejny powód dlaczego nie potrafiłbym żyć w tym kraju. Są nawet regiony jak na Sumatrze, gdzie pracownik państwowy jest zobowiązany do modlitwy w trakcie pracy, by nie zostać zwolnionym.

Poza zwyczajami tak bardzo różnymi od naszych, to główny nurt religii jest bardzo podobny. Tak samo jak chrześcijanizm wyewoluował z judaizmu tak islam jest kolejną religią, która jest poniekąd kontynuacją dwóch poprzednich. Jezus jest dla nich prorokiem i wierzą we wszystkie cuda jakie uczynił tak jak my, z jedną tylko różnicą.  Syn Boży w ich oczach po ukrzyżowaniu umarł i nigdy nie zmartwychwstał.

Wiara w spełnianie dobrych uczynków i trzymania się reguł religii jest przepustką do nieba. Piekło natomiast dla nich nigdy nie jest wieczne i nawet stamtąd można się dostać do upragnionego raju (nie mają czyśćca). Anioły są ich stróżami a „demony” potworami. Te drugie istnieją dla pod inną nazwą. Dżiny są istotami nieperfekcyjnymi w przeciwieństwie do ludzi i żyją w naszym świecie równolegle. Obserwują nas będąc jednocześnie bardzo zazdrosne. Próbują przez to przeniknąć do nas w każdy możliwy sposób, ale o tym już w następnym akapicie o zjawiskach paranormalnych.

Meczet po trzęsieniu ziemi.

Dla odmiany zdjęcie z hinduskiego Bali. Architektura odbiega całkowicie od reszty kraju.

Dary dla duchów – hinduizm.

Paranormalne zjawiska

Czarny kot przeszedł Ci drogę? No to pech murowany. Nigdy nie przechodź pod drabiną, nie wymiataj śmieci przez próg, nie obcinaj paznokci, bo to może przynieść nieszczęście. Piętro czwarte, czternaste ani czterdzieste w ogóle nie istnieje (w Malezji zamiast każdej 4 daje się 3A, tutaj po prostu pomija), gdyż cyfra 4 to śmierć. Przesądy to jednak tylko ułamek tego o czym można usłyszeć od ludzi w Indonezji.

Tak na wszelki wypadek, żeby nikogo nie kusiło pojechać na piętro 4.

Wyspa Alor (której niestety nie odwiedziliśmy) słynie ze zjawisk paranormalnych. Pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, zaraz po Madagaskarze. Według opowieści ludzie potrafią tam nawet latać i uprawiać voodoo. Nie jest to jednak jedyne takie miejsce w tym kraju. Można je odwiedzić też na wyspie Timor. Są to wioski, do których ludzie z miast boją się jeździć. Jeśli na przykład coś Ci tam upadnie, to musisz pozwolić jakiemuś lokalsowi to podnieść. Jeśli jednak sam dźwigniesz to co upuściłeś – klątwa murowana. Będąc już na miejscu trzeba udać się do szefa wioski, przynieść jakiś dar, zostać przywitanym i zapłacić. Cena jest rozsądna, gdyż po jej uiszczeniu zostanie się ugoszczonym jedzeniem i noclegiem.

Słyszymy od poznanych ludzi potwierdzenia, że oni widzieli jak ludzie latają lub lewitują i podają nawet dowody. Poznajemy też gościa, który mówi że umie czytać w myślach. Ja się tylko śmieję,,żeby nie czytał moich, bo może się zgorszyć. Ludzie mogą się komunikować telepatycznie na odległość, prosząc przyjezdnych o przywiezienie jakiś produktów i oczekując na nie. To wszystko wydaje się niewyobrażalne i śmieszne, lecz przy tak wielu osobach potwierdzających prawdziwość tych wydarzeń – przychodzi konsternacja.

Największe dreszcze przechodzą mnie jednak podczas rozmów o duchach i dżinach o których wspomniałem już w poprzednim akapicie. Nasza hostka z Lombok opowiada nam o swoim przypadku, który sąsiedzi nam potwierdzają. Gdy my zaczynamy temat religii, demonów i opętania ona przerywa i mówi, że tutaj chyba zacznie się właśnie dłuższa rozmowa. Mówi nam, że dżin mieszka w jej ciele i że przychodzi do niej co kilka dni egzorcysta (a raczej jego islamski odpowiednik). Ów demon jest jednak na tyle bystry, że ukrywa się w częściach ciała, których imam nie może dotknąć. W obecnym momencie ona sama nie jest pewna, czy zły duch ją już opuścił. Na pewno objawy ustąpiły już w większym stopniu. Jeszcze parę tygodni temu traciła pamięć nawet z prawie dwóch dni, w których miała ataki agresji i wyrażała się w trzeciej osobie o sobie samej, Mówiła o popełnieniu samobójstwa i o tym, jaką złą jest postacią. Często także bełkotała pod nosem, co zdarzało jej się niemal każdego dnia. Od czasu do czasu widziała też zjawy latające wokół domu, a ich opis był dokładnie taki sam, jak z opowieści naszych egzorcystów. Miała też próby sprawienia sobie krzywdy i bólu, o których ona sama nie ma pojęcia (dowiaduje się o nich od bliskich). Z tego powodu nie mieszka z rodzicami, a u bliskich znajomych. Historia dlaczego, jest bardzo zawiła i wiąże się z jej przygodą z przed lat, gdy widziała i słyszała duchy.

O duchach opowiadają nam też znajomi z którymi współpracowaliśmy podczas wolontariatu na wyspie Lombok. Jeden z nich opowiada nam przygodę, gdy widział zjawę w Jaskini Króla. Następnego dnia widział ją jego znajomy, a opis jej zgadzał im się w 100 %. Kolejną osobą mówiącą nam o swoich przeżyciach z tym związanymi jest nasza dobra koleżanka z Bali. Po pierwszym trzęsieniu ziemi zamieszkał z nią duch w postaci starszej kobiety na kilka dni. To jest dokładnie ten sam dzień, gdy hostka z Lombok, pierwszy raz zobaczyła dżina na ramieniu swojej kuzynki na wzgórzu. Wrócił z nią do domu zamieszkując w jej ciele.

Dzień „pierwszego” trzęsienia ziemi przynosi jeszcze więcej znaków zapytania. Ludzie pouciekali z domów ze względu na zagrożenie tsunami. Ddy do nich wracali zastawali tam coś czego wcześniej nie było. W wielu różnych miejscach wyspy, w domach, które czasem były zamknięte na klucz zostały odbite ślady rąk, a czasem i stóp na ścianach. Niektóre ślady są malutkie jak u dziecka, a inne większe niż dorosły mężczyzna mógłby odbić. Nikt tego nie potrafi wytłumaczyć. Są to wszystko historie, których słucham z ciarami na całym ciele.

Pojawiło się to w pokoju zamkniętym na klucz. Takie ślady w różnych miejscach na całej wyspie.

Inne

Indonezja jest położona na tak zwanym pierścieniu ognia. Powoduje to ciągle trzęsienia ziemi oraz wybuchy wulkanów. Życie w takim środowisku mogłoby sprawiać wiele stresu, jednak oni dużo o tym nie myślą i żyją dniem powszednim z szerokim uśmiechem. Można doświadczyć tutaj wiele wolności. Regulacje są nie na każdej wyspie takie same, lecz otwarcie biznesu nie należy do trudnych. W tej kwestii jednak większym problemem będą wcześniej wspomniane modlitwy 5 razy dziennie oraz mała pracowitość.

Z takich objawów wolności i braku przesadnych przepisów oczywiście korzystamy choćby jeżdżąc na pace prawie w całym kraju. Jest to tylko zakazane na autostradach, których wiele tutaj nie ma. W innych częściach kraju (Lombok) można to natomiast nadgonić to jazdą na dachu samochodu. Jak chyba we wszystkich krajach muzułmańskich lewa ręka jest brudna i bardzo niegrzecznym jest dotknięcie nią kogoś. Nawet podanie zapalniczki może być źle odebrane i należy do tego użyć prawej. W takich jednak sytuacjach jako białasowi będzie to wybaczone. Nie wszyscy też zwracają na to aż tak wielką uwagę.

Brum brum.

Dopóki nie ma dziur w drodze to jedzie się fajnie.

Nie przedłużając już bardziej, zakończę ten post kwestią nałogu. Nie chodzi tu o narkotyki (dość trudno dostępne), alkohol (bardzo drogi, najtańsze piwo (Siki Weroniki) – 5 zł w carrefourze, wódka w knajpie 500 zł), ani inne używki, jak  np. żucie czerwonego świństwa na Flores. Rozchodzi się o papierosy. Indonezja zdecydowanie nie jest przyjazna dla osób niepalących. Paczka kosztuje od 3 – 6 zł w zależności od marki. Prawie wszystkie są perfumowane i mają słodki posmak, który można w Polsce poczuć paląc markę Diarum (paczka taka kosztuje 4 zł, a u nas dużo droższa od Marlboro). Uzależnieni są niemal wszyscy mężczyźni, podczas gdy kobiety które widziałem z papierosem mógłbym zmieścić w liczbie 20. Palić można wszędzie: bary, kawiarnie, centra handlowe, na łóżku na promie itd. Warto zwrócić też uwagę na moc tej używki. Marlboro czerwone zawierają 10 substancji smolistych TAR i 0,8 nikotyny. Tutaj są to najsłabsze z możliwych, podczas gdy te mocniejsze osiągają wartości TAR 39 i nikotyny 2,8. Żeby było jeszcze ciekawiej to pali się je bez filtra. To nie na nasze płuca i wybieramy zwykle coś zbliżonego do naszych standardów, najczęściej z klikiem.

Jest moc.

Ciężarówka z paliwem lotniczym, a w kabinie aż w oczy drapie.

Zawsze się jednak znajdzie ktoś komu się to nie podoba. (Monkey Forest – Bali)

Indonezja nie jest krajem. w którym mógłbym zamieszkać. Może się ona podobać lub nie, ale na pewno jest jednym z najciekawszych i najbardziej interesujących państw świata. Jest tu jeszcze wiele miejsc. które chciałbym odkryć. Przykładami są Sulawesi, Borneo, Alor i wiele innych. Być może kiedyś wrócę. Was serdecznie zachęcam do odwiedzenia Indonezji – nie będzie nudno.