Indonezja – początek i zderzenie z nową kulturą – Małe Wyspy Sundajskie

Zrzucamy kotwicę w największym mieście Timoru Zachodniego – Kupang. Wiemy, że nasz legalny pobyt zacznie się dopiero za 3 dni po wbiciu pieczątek do paszportu, więc pierwszego dnia kroki po indonezyjskiej ziemi stawiamy dość nieśmiało będąc tu nie do końca legalnie. Już następnego, pewnie zwiedzamy okolicę, błądząc i zahaczając o „slumsy”.

Indonezja

Flaga Indonezji jest czerwono-biała. Odwracając do góry nogami, można zastąpić ją polską, z czego raz atleci indonezyjscy skorzystali, pożyczając od naszych sportowców taką, po zdobyciu złotego medalu. Tutaj jednak podobieństwa z naszą ojczyzną się kończą. Kraj ten jest położony na około 17 500 wyspach, z czego 12 000 zamieszkałych przez niemal 300 mln ludzi. 80% tych osób jest muzułmanami, lecz większość z nich nie jest aż tak konserwatywna jak ich bracia z bliskiego wschodu. Indonezję można odwiedzić bezwizowo przez 30 dni, lecz dla nas jest to zdecydowanie zbyt mało czasu i do paszportów załatwiliśmy sobie jeszcze w Australii 60-dniową wizę za 70 AUD.

Polacy w Kupang.

Formalności migracyjne

Wpływamy do nowego kraju, więc na wstępie zawieszamy żółtą flagę. Widząc ją, na drugi dzień przypływają pracownicy z działu kwarantanny. Przypływają jednak w tonącej łódeczce. Maciek wyciąga dwóch z nich na nasz trimaran ratując przed koniecznością pływania. Śmiechom nie ma końca i po szybkiej kontroli, oraz wypisaniu odpowiedniego papieru, Robercik odwozi ich na ląd. Myślę, że to mało profesjonalne, aż do czasu gdy nadchodzi parę dni później czas na resztę papierologii. Celniczka zamiast nas sprawdzać, cały czas się uśmiechała i chce rozmawiać głównie o ‘miłości’. Chodząc chwilę później od biurka do biurka, wcale nie poprawiają oni swojej reputacji gubiąc się we wszystkim, jakby zameldowanie przybycia działo się pierwszy raz. Wydrukowaną listę załogi ostatecznie musimy oddać w 11 kopiach, podczas gdy teoretycznie są potrzebne co najwyżej 4.

Kupang

Kupang jest pierwszym indonezyjskim miastem, z którym mamy styczność. Jest to stolica Zachodniego Timoru licząca sobie w zależności od źródeł 250-500 tys. osób. Na ulicy czuć przepych i rozgardiasz, a stragany rozstawiane są czasem na środku ulicy, utrudniając jednocześnie samochodom przejazd. Dominują tu jednak skutery, które na moje oko stanowią 80% wszystkich pojazdów. Przykrym widokiem są śmieci rozrzucone na każdym rogu, lub metrowe dziury w chodnikach. Wyobraźcie sobie, że nikogo nie zdziwił fakt sikającego mężczyzny stojącego na krawężniku i oddającego mocz na ulicę pod koła przejeżdżającego samochodu. Rusztowanie zbudowane z kilku desek w taki sposób, że aby przetrwało mały wiaterek musiało być oparte na kablach wysokiego napięcia „dla bezpieczeństwa”, nikogo tutaj nie dziwi. Zacząłem od złych kwestii, lecz te dobre znacznie przeważają. Ludzie są pozytywnie nastawieni i zagadują nas na każdym kroku krzycząc „heloł myster”, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Jest tu wbrew pozorom bardzo bezpiecznie, a uważać trzeba tylko na tych, którzy próbują wykorzystać niewiedzę białasa o kosztach produktów. Trzeba się pilnować, żeby nie przepłacić.

Podczas pierwszych dni w Kupang kapitan zostawia nas samych na swoim trimaranie. Sam udaje się do hotelu, gdzie jego żona ma już opłacony z góry nocleg. Dla nas jest to dobry moment, by popływać pontonem od łódki do łódki, pytając marynarzy, czy nie mogliby nam dać podwózki do najbliższej większej wyspy położonej na zachód. Problemem jest to, że „Indonezja rally” z którymi tu przybyliśmy ruszają na wschód, podobnie jak „Oyster rally”. Pozostałych żeglarzy właściwie nie ma, a pracujący tu ludzie mówią, że tacy, przy dobrych wiatrach, przypływają raz w tygodniu. Jest to dla nas znak, że będziemy musieli się wspiąć na wyżyny cebulactwa i trzymając się reguły autostopu, władować się „na jana” na prom.

Ogłoszenie na wszelki wypadek przyklejamy w Teddy’s bar, czyli barze dla żeglarzy.

Informacje w internecie oznajmiają, że najlepszym sposobem jest władowanie się cichaczem na tira wjeżdżającego na prom. My wybieramy trochę inną opcję, całkiem odwrotną i staramy się pokazać jak największej grupie ludzi że tu jesteśmy i czego chcemy. Tłumaczenie strażnikom, że naszą misją jest podróż autostopem dookoła świata, więc nie możemy zapłacić za bilet, działa zaskakująco szybko i już po paru minutach mamy zapewniony transport na następny dzień. Dobroć kierownika promu ratuje nas przed starością w Kupang.

Managerowi popsuł się samochód. Dodatkowy plus dla nas na przejażdżkę na krzywy ryj.

Przed wejściem na prom

Starość w Kupang jednak mogła by się okazać całkiem przyjemna. Po paru dniach pobytu, mamy tutaj sporo znajomych i co chwila zatrzymujemy się przy drodze, żeby chociaż chwilkę z nimi porozmawiać. Pięć dziewczyn oferuje nam tradycyjny obiad i wspólne zwiedzanie miasta w zamian za możliwość praktyki języka angielskiego. Po tygodniu, spotykając nowych ludzi na ulicy już się okazuje, że mamy z nimi wspólnych znajomych. Jest to chyba najlepsze miasto w jakim do tej pory byłem pod względem łatwości nawiązywania nowych kontaktów.

Maciek zarywa… hue hue hue.

Nasi chwilowi uczniowie i ich właściwa opiekunka.

Te uczennice chyba jednak bardziej przypadły nam do gustu. Zwróćcie uwagę jak niskie są tu kobiety. Mężczyźni również niezbyt często sięgali mi do brody.

Host w Kupang

Pierwsze dni mieszkamy na trimaranie, ale już po otrzymaniu pieczątek do paszportów musimy go opuścić. Na wysłanych 8 zapytań na couchsurfingu, po paru godzinach mamy już 5 potwierdzeń. Wybieramy, więc osobę z największą liczbą opinii, mając nadzieję na największy relaks i możliwość odpoczynku. Wieczorem siedzimy już razem przy piwku, spokojnie rozmawiając. Przychodzi jednak coraz więcej znajomych naszego gospodarza, a my zaczynamy się czuć jak w gejowskim haremie i zastanawiamy się nad ucieczką. Jest  krzywa atmosfera, ale ostatecznie nie jest tragicznie, bo wszyscy „koledzy” bardziej lubują się w Maćku, co daje mi więcej niż namiastkę radości 😀 Tego dnia zamykamy drzwi na klucz i sprawdzamy je kilkukrotnie, czy na pewno możemy spać bezpiecznie. Kolejne dwie noce są już normalne i ostatecznie nie wspominam źle tego miejsca.

Prom

Wchodzimy na prom za pozwoleniem kierownika bez problemu. Zachęcani przez współpasażerów zajmujemy miejsca leżące na pryczach, co jest nie najgorszą opcją, gdyż z czasem przychodzi więcej i więcej osób, rozkładając się dosłownie wszędzie. Kontroler biletów natomiast przechodząc sprawdza wszystkich skrupulatnie, omijając szerokim łukiem tylko naszą dwójkę. Daje nam to dużą ulgę, bo nie wiedzieliśmy do tej pory, czy dostał on o nas informację od przełożonego.  Podczas gdy my jesteśmy na otwartych wodach, na wyspach Bali i Lombok dochodzi do dużych trzęsień ziemi o których opiszę więcej w następnym poście. Tutaj natomiast doświadczamy sporych fal, prawdopodobnie związanych z tym zjawiskiem. Przy pierwszej większej fali rozlega się krzyk wśród tłumu pasażerów. Z kolejnymi przybywa już tylko wymiotujących za burtę.

Tak wygląda prom… A tak serio to chyba Noe buduje nową arkę.

Prom w środku i 20 h podróży w takich warunkach.

Flores

Prom zatrzymuje się na wschodzie wyspy Flores w Larantuce. Na pierwszy rzut oka możemy już dostrzec różnicę we florze. O ile na Timorze klimat był dość suchy, to tutaj bujna roślinność świadczy o częstych opadach deszczu, których doświadczamy w późniejszym czasie. Początek na stopa idzie nam całkiem nieźle do czasu, gdy wjeżdżamy do miejscowości Maumere. Znajduje się tu największa społeczność katolików w całej Indonezji, co spowodowało nawet wizytę Jana Pawła II w 1999r, właśnie w tej miejscowości. O ile o Papieżu Polaku słyszał tutaj każdy, to nikt natomiast nie ma pojęcia o terminie autostopu i nie potrafi zrozumieć jego idei. W pewnym momencie na wylotówce z miasta, po drugiej stronie ulicy zbiera się grupka chłopaków śmiejących się, że nikt za darmo nas stąd nie weźmie. Cieszymy się tym bardziej, gdy możemy obserwować po jakiejś godzinie ich miny, jak któryś z kolei zatrzymujący się kierowca tira krzyczy do nas: „nebeng, gratis, no problem”.

Paga

Tym właśnie tirem lądujemy w miasteczku Paga. Jest kompletnie ciemno ze względu na zerwane przewody wysokiego napięcia, a my nie mamy zielonego pojęcia, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Idziemy więc przed siebie, szukając jakiegoś miejsca by wypić lokalną kawę, która na ogół nie przekracza w przydrożnej knajpie ceny 1zł. Po paruset metrach zatrzymuje się koło nas Karolina z tatą na skuterze i oferuje kawę w swoim skromnym domu. Zostajemy u tej wspaniałej rodzinki na noc i oferujemy urozmaicenie lekcji w lokalnej szkole, gdyż Karolina jest nauczycielką języka angielskiego.

Ojciec Karoliny podwozi nas pod szkołę, gdzie owa nauczycielka już wita się z każdym uczniem osobno podając im rękę, którą oni muszą przyłożyć do czoła na znak szacunku. Jesteśmy w katolickiej szkole karmelitanów, a po przywitaniu się z księdzem dyrektorem i większością nauczycieli zaczynamy naszą pierwszą lekcję. Opowiadamy o naszym kraju, o systemie edukacji, oraz przede wszystkim o autostopie. Dzieci słuchają z otwartymi ustami o tym, że można podróżować tanim kosztem, często niedowierzając własnym uszom. Po około 15 minutach zmieniamy salę lekcyjną i nie wiele zmieniając historię zaczynamy wszystko od nowa. Odwiedzamy 8 różnych klas i szczycimy się tym, że od teraz około 200 osób w młodym wieku już będzie tutaj wiedziało co to jest autostop.

Za każdym razem gdy nadchodziło podsumowanie i dzieci mogły zadawać pytania, to pierwsze było : „a jaki jest Wasz status?”. Na odpowiedź, że jesteśmy kawalerami, dzieci ryczały i nawet biły brawo.

Ende

Ende jest jednym z większych miast na wyspie Flores podzielonym pomiędzy muzułmanów i katolików mniej więcej po pół. My lądujemy u hostki wyznającej islam i doznajemy szoku kulturowego. Dom, którego częścią właśnie się stajemy jest zamieszkały przez 6 kobiet i jednego chłopca. Wchodzimy, witamy się i robi się trochę dziwnie. Przychodzą sąsiedzi, żeby nas zobaczyć, ale mało który z nich potrafi coś wydukać w języku angielskim. Z czasem robi się coraz luźniej, przyzwyczajamy się do siebie, spędzamy naprawdę świetnie czas. Kibicujemy razem w meczach reprezentacji Indonezji, zwiedzamy miasto i uczymy się bardzo dużo o kulturze muzułmańskiej, o której będziecie mogli przeczytać w poście podsumowującym Indonezję. W Ende możemy się poczuć jak u siebie i ze smutkiem opuszczamy ten dom, ruszając dalej.

Pierwsze chwile u hostki.

W centrum Ende przy pomniku pierwszego prezydenta.

Obieram ubi – korzeń który po ugotowaniu ma podobny smak do ziemniaka.

Idziemy na plażę… plażę na której nie wiem czy jest więcej piasku czy śmieci. To jest ten największy minus Małych Wysp Sundajskich.

Kelimutu

Naszym kolejnym celem są piękne jeziora w kraterze wulkanu. Woda w nich znajdująca się zmienia kolor rok do roku, będąc czasem turkusowa, czerwona lub czarna. Nikt nie potrafi nam wytłumaczyć tego zjawiska, ale lokalne wierzenia mówią, że to właśnie tutaj trafiają dusze po śmierci. Dodatkowo spotykamy jedną kobietę, która urodziła się w okolicy i przekonuje nas, że za każdym razem jak tutaj wejdzie to rozgania chmury i na czas gdy tam przebywa zawsze świeci słońce, nawet gdy przed chwilą była ulewa, a prognoza pogody przepowiadała burze z piorunami (więcej o zjawiskach paranormalnych w poście podsumowującym). Aby wejść do Kelimutu (bo tak nazywa się to miejsce) musimy zapłacić za bilet w wysokości 150 000 rupii, podczas gdy lokalni muszą zapłacić zaledwie 5000. 30 krotna przebitka w postaci „podatku dla białasów” nie jest tym co lubię najbardziej, ale takiego miejsca nie można sobie odpuścić. Pragniemy zostać na szczycie na noc, gdyż najsławniejsze tutaj są wschody słońca. Zbliża się wieczór, a my mamy już rozbity namiot w „schronisku” i szykujemy się do relaksu w tym pięknym miejscu, które zakłócają nam tylko małpy, grzebiące w śmietnikach i rozrzucające śmieci po parku narodowym. W tym momencie przyjeżdża strażnik i niestety każe opuścić park na noc. Oznaczałoby to dla nas spacer kilku kilometrów pod górkę przed wschodem, oraz kolejną opłatę w wysokości 150 tys. Musimy więc zrezygnować i wracamy do Ende.

Droga do wulkanu.

A na górze relaks z dobrym widokiem.

Pomimo że w Indonezji małpy rozrzucają śmieci jak ludzie to w tym parku było jak na tutejsze standardy bardzo czysto.

Droga do Labuan Bajo

Lekcje w Padze chyba zadziałały, bo im dalej na zachód tym ludzie bardziej kojarzą ideę autostopu, więc jest nam trochę łatwiej. Zatrzymuje się nam tir, który jedzie na drugi koniec wyspy, lecz my zatrzymujemy się jeszcze w jednym punkcie turystycznym po drodze. Po 300 km krętymi drogami, które zajmują naszemu kierowcy aż 12h (drogi tutaj nie są w najlepszym stanie i szybka jazda jest całkowicie niemożliwa) docieramy do miasta Rutang już w nocy. Dwie osoby przekonują nas o rozbiciu namiotu w samym centrum miasta przy głównym parku pod zadaszeniem. Korzystamy z rady, bo czujemy, że ta część Indonezji jest całkowicie bezpieczna. Jedynym problem jest hałas i towarzyszące mu błyski fleshy z aparatów nocnych powsinogów. Nad ranem budzi nas jednak trzask, który oznacza kolejny złamany pałąk od namiotu i kolejną dziurę w tropiku. Co ciekawe stało się to samoistnie, bez jakiegoś dodatkowego obciążenia. 3 lata ciągłego rozkładania i składania zaczynają o sobie dawać znać, a dla mnie to zadanie poszukiwania elementów do naprawy.

Namiot ciągle się da rozłożyć. Teraz już są 3 złamania, które naprawiam rurkami PCV. Namiot dzięki temu stoi i można założyć tropik, który ma kilka przyklejonych łat. W tym squocie na szybko rozłożony w środku nocy, bo komary mi nie dawały spać.

Niedaleko Rutang znajduje się wioska Rai, która słynie z pól ryżowych wyglądających jak sieć pajęczyn. Wejście na wzgórze, z którego można je podziwiać jest chronione przez tubylca, który zbiera pieniądze za przejście przez jego posesję. 15 000 rupii jest nową zawyżoną ceną w tym roku i po przeliczeniu wynosi około 4 zł. Czy warto za parę minut oglądania tego widoku to sami oceńcie.

„Spider Web Rice Field”.

Komodo

Labuan Bajo to miasto położone na zachodzie Flores, które świeci dla nas wielką ilością turystów. Przyjeżdżają oni tutaj ze względu na jedną z najważniejszych atrakcji całej Indonezji – Park Komodo. Aby jednak się do niego dostać, trzeba zapłacić zdecydowanie zbyt. Jest to region w którym występują sławne smoki z komodo, czyli największe jaszczurki świata. Zastanawiając się, czy warto zainwestować worek pieniędzy w taką atrakcję, spotykamy managera lokalnego portu, który słysząc o misji autostopu dookoła świata oferuje następnego ranka darmowy prom do następnej wyspy na naszej trasie. Nasze wątpliwości co do parku są rozwiane czego nie żałujemy, gdyż następnego dnia spotykając pierwszych Polaków w Indonezji, dowiadujemy się, że ze względu na duże fale nie można odwiedzić tej sławnej wyspy. Same gady można oglądać na pobliskich mniejszych wyspach, lecz nie robią na nikim wrażenia, gdyż jest to ich sezon godowy i są bardzo mało ruchliwe.

Sumbawa

Czytając Lonely Planet można się bardzo łatwo zniechęcić do odwiedzenia wyspy Sumbawa. Według tego poradnika nie ma tutaj nic wartego odwiedzenia, a od biedy można zajrzeć na jakąś plażę, czy odwiedzić przeciętny wodospad. Mieszka tutaj natomiast dość konserwatywna populacja muzułmanów, a kilka lat temu odbyła się skuteczna łapanka terrorystów. Pierwsze nasze wrażenia są bardzo kiepskie, gdyż smród unosi się wszędzie, a pobocza są zawalone palącymi się śmieciami. Jadąc jednak w głąb wyspy natrafiamy na coraz to bardziej cywilizowany świat. Ostatecznie mogę powiedzieć, że zrobiła ona na mnie całkiem dobre wrażenie, gdyż ludzie byli bardzo przyjaźni.

Maszerujące niewiasty w rzędach po ulicy to tutaj normalny widok. Dołączamy do spaceru w pierwszej linii.

Na tej wyspie znajduje się wulkan Tambora, który w 1815 roku eksplodował wyrzucając 100 km sześciennych materiału wulkanicznego tworząc słup o wysokości 44 km. Jest to najpotężniejsza erupcja wulkanu w czasach historycznych, która nie tylko zgładziła lokalną ludność, ale poprzez unoszące się miesiącami frakcje popiołu ograniczyła dostęp światła do skorupy ziemskiej. Rok 1816 jest uważany za rok bez lata, a spadek temperatury i mniejsza ilość plonów spowodowały nawet głód na półkuli północnej. Niestety, aby odwiedzić winowajcę tych wydarzeń trzeba poświęcić tydzień czasu, chodząc po górach z plecakiem w upałach. Nie decydujemy się na taką wycieczkę i po dwóch dniach stopowania, łapiemy promostop do Lombok.

Kolejne wyspy pokazują nam całkowicie inną Indonezję. W samym Lombok doświadczamy trzęsienia ziemi o sile 6,9 w skali Richtera, organizujemy zbiórkę i pomagamy poszkodowanym, by dalej odwiedzić super turystyczną wyspę Bali. O tym w następnym poście, a jeszcze w tym na koniec parę zdjęć z austostopu.

Na pace szlugi można zawsze palić.

W kabinie tira w Indonezji – też zawsze.

Tutaj już się powstrzymaliśmy. Zdjęcie by wyszło jak za mgłą.

Paka, paka 😀 Uwielbiam jeździć na pace 🙂

Zabierze?

Pewnie, że zabierze. W Indonezji nie istnieje pojęcie jak: „ten pojazd jest już pełny i nikt więcej nie wejdzie”.